czwartek, 20 sierpnia 2015

26. Rodzinnie

Jechaliśmy ulicami Innsbrucka. Ulicami, które wydawały się dla mnie zupełnie obce, choć już trochę tutaj mieszkam. Rozglądałam się zaciekawiona przez szybę auta, próbując rozpoznać mijane miejsca, jednak nic z tego. Kompletnie ignorowałam rozmowę toczącą się między mamą, Gregorem i Alicją. Byłam skupiona na własnych myślach.
Co jakiś czas czułam na sobie ukradkowe spojrzenia Gregora. Nie zwracałam na to uwagi. Bardziej zainteresował mnie widok mosiężnych, wielkich Alp, roztaczających się nad miastem. Miałam wrażenie, że już kiedyś stałam tak, patrząc na te szczyty, i zachwycałam się ich panoramą. Tak, gdzieś i kiedyś..
- Jesteśmy na miejscu – usłyszałam głos szatyna. Zerknęłam na niego. Oczy mu błyszczały a na twarz wkradł się dziwny, niczym chłopięcy urok. Wyraźnie biło od niego podekscytowanie.
- Na miejscu? Czyli? - spytałam cicho i poczęłam oglądać okolicę. Było to jakieś osiedle, otoczone eleganckim ogrodzeniem. Wszędzie pełno było zieleni, krzewów i drzew. Wszystko było takie..czyste i zadbane. Takie...gustowne. No tak. Z pewnością było to prywatne osiedle.
- Tutaj mieszkam – odpowiedział – masz prawo kompletnie nie kojarzyć tych stron, bo do tej pory nigdy u mnie nie byłaś – dodał, chyba próbując mnie pocieszyć. Uśmiechnęłam się do niego krzywo.
Cała trójka wypakowała się już z samochodu, podczas gdy ja czekałam, aż szatyn poda mi moje kule. Swobodne opuszczenie auta uniemożliwił mi jednak dość silny ból po prawej stronie biodra. Syknęłam cicho, co nie uszło uwadze Gregora.
- Chodź tutaj, pomogę ci – powiedział, patrząc na mnie ze współczuciem. Chwyciłam się jego silnego oparcia i powoli się podniosłam. Znów zawyłam z bólu.
- Sama jestem dla ciebie jak ta kula u nogi – skomentowałam moją nieudolną próbę usamodzielnienia, kiedy już miałam po obu stronach swoje kule – masz ze mną same kłopoty.
- Nawet tak nie mów – odparł natychmiastowo – cały ten wypadek to moja wina. Teraz czas, żebym mógł się jakoś zrehabilitować i o ciebie zadbać – dodał, patrząc mi w oczy.
- Nie chcę, żebyś robił to ze względu na poczucie winy..
- Robię to, bo po pierwsze cię kocham a po drugie to mój obowiązek. Nie myśl, że chcę ci pomóc z litości. Wiesz dobrze, jak jest...
Ruszyliśmy w stronę wejścia do wieżowca. Nadal ciężko przychodziło mi poruszanie się, dlatego ochoczo przyjęłam „asystę” Schlierenzauera.
- Spokojnie, mam tutaj windę – po chwili całą czwórką znaleźliśmy się w nowoczesnym holu a potem skierowaliśmy się w stronę wind. Po zapakowaniu się do środka, szatyn nacisnął guzik z numerem 7.
- Wysoko – skomentowałam. Uśmiechnął się.
- A jakie widoki na góry – odpowiedział usatysfakcjonowany. Nic już się nie odezwałam.
- Gregor kupił mi takie wielkie łóżko, mamo. Moglibyśmy spać tam nawet we trójkę! - dodała uradowana dziewczynka. Spojrzałam na mężczyznę zrezygnowana.
- Dlaczego wydawałeś niepotrzebnie pieniądze? Trzeba było zabrać meble z mojego mieszkania.
- Za dużo zachodu – odparł beztrosko. Uniosłam do góry brew.
- Czyżby? Bo pojechanie do salonu meblowego, zamówienie i przywiezienie nowych rzeczy tutaj wydawało się o wiele mniej skomplikowane – odpowiedziałam kwaśno.
- Stać mnie na to.
- To nie ma nic do rzeczy.
- Owszem, ma. Mam środki na to, by was rozpieszczać – dodał zupełnie poważnie. - Nie powinnaś zawracać sobie tym głowy.
Próbowałam ułożyć sobie w myślach jakiś mocny argument, ale w tym samym czasie winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze. Wysiadając z niej, zaczęłam rozglądać się na boki. Z kolei moja córka oraz mama od razu skierowały się pod właściwy numer mieszkania jakby doskonale znały to miejsce.
Kiedy weszliśmy do środka, zamurowało mnie jeszcze bardziej niż widok na zewnątrz. Stanęłam jak wryta z rozchylonymi ustami, napawając wzrok wszystkim wokół.
- Wow.. - wyrwało się z moich ust.
- Prawda, że mam gust? - odpowiedział niczym nie poruszony skoczek. Wysublimowany gust to chyba za mało powiedziane jak na to, co się tutaj działo. Wszystko takie nowoczesne, gustowne i wyrafinowane. On naprawdę był cholernie bogaty.
- Ile ty masz właściwie na koncie? - poczułam, że mam za sucho w ustach, wypowiadając te słowa. On jedynie się zaśmiał.
- No..trochę tego jest. Pare prestiżowych imprez to ja wygrałem... - dodał kąśliwie, drapiąc się po głowie. Również się uśmiechnęłam.
- Nie sądziłam, że wyrwę takiego nadzianego faceta.. - odpowiedziałam, wzdychając. Nie wiem, jak zareagował na te słowa, więc ugryzłam się delikatnie w wargę i zerknęłam na niego niepewnie. Przyglądał mi się z nieukrywaną ciekawością.
- Nie rób takiej miny, bo mam ochotę cię pocałować – powiedział zupełnie poważnie. Uśmiech zszedł z moich ust. Odchrząknęłam głośno.
- Mamo! Chodź obejrzeć mój pokój! - krzyknęła dziewczynka i złapała mnie za rękę, zmuszając mnie tym samym do pójścia za nią. Znów syknęłam, gdyż ból w biodrze dał o sobie znać.
- Kochanie, spokojniej. Mamę jeszcze boli – skarciła ją babcia. Mała popatrzyła na mnie z czułością w oczach.
- Przepraszam mamusiu... - odezwała się skruszona.
- Już dobrze – sięgnęłam do jej policzka i go pogłaskałam – chodź, pokaż mi swoje królestwo.
- W takim razie ja idę wstawić pranie. Wszystkie twoje rzeczy są w twojej sypialni – dodała moja rodzicielka. Widocznie czuła się tu teraz jak pani domu. Swoją drogą, Gregor musiał w tej kwestii być bardzo liberalny. Albo było mu na rękę, że ktoś wykonuje za niego wszystkie obowiązki domowe. Nagle do mojej głowy wdarły się myśli o Sandrze. Zapewne to ona zajmowała się takimi sprawami, kiedy mieszkali tutaj razem.
- Pokażesz mi resztę domu? - odwróciłam się w stronę szatyna z lekkim uśmiechem, odsuwając Sandrę gdzieś na sam koniec, w najgłębszy kąt podświadomości.
- Jasne – odparł wyraźnie zadowolony.

Po około godzinie usiedliśmy razem do stołu, by zjeść obiad. Gregor posiadał naprawdę wielki, mosiężny stół, przy którym mogłoby się stołować pewnie i z 20 osób. Spokojnie mieścił się w tym 10 razy większym salonie...
- Po jutrze mam samolot do Polski – odezwała się mama, kiedy oboje z Gregorem nakrywali do stołu. Momentalnie oblał mnie zimny pot.
- Ale jak to? - wydusiłam z siebie po paru chwilach – coś się stało?
- Kochanie, muszę wracać do pracy. Będąc tutaj wykorzystałam praktycznie cały urlop roczny no i zwolnienie lekarskie. Nie mogę po prostu dłużej zostać.. - powiedziała, siadając naprzeciwko mnie. Spuściłam głowę. Dopiero co tak naprawdę ją poznałam, była jedyną bliską mi osobą w tej nowej, chorej rzeczywistości a już muszę się z nią rozstać. Nie brałam takiej opcji pod uwagę.
- Wszystko będzie w porządku. Zostawiam cię w najlepszych rękach – poczułam jak łapie mnie za dłoń i mocno ją ściska – rzuciłabym tę pracę, gdybym wiedziała, że nie mogę wyjechać, nie będąc pewną, że zostaniecie tutaj bezpieczne i będziecie miały opiekę – dodała.
- Narobiłam ci samych kłopotów – westchnęłam i spojrzałam na nią.
- O czym ty dziecko mówisz? Przecież jestem twoją matką! To ty jesteś dla mnie najważniejsza a nie jakaś tam praca. Jak miałabym nie opiekować się tobą i Alą w takiej sytuacji? - odparła nieco ostrzej.
- Wiem.. - szepnęłam.
- Moni, wiesz, że nie masz się o co martwić. Ze mną nie stanie wam się krzywda – wtrącił się Gregor.
- Wiem.. - znów bąknęłam.
- Ale? - ciągnęła mama. Spojrzałam to na jedno to na drugie.
- Gregor, błagam, tylko nie myśl o mnie źle. Tu nie chodzi o to, że cokolwiek ci zarzucam. Po prostu...mama to jest mama. Jest jedną z osób, które „poznałam” po wybudzeniu. Nie mam nikogo. Czuję się tak samotnie i obco. Boję się zostać bez rodziny...
- Wiem, rozumiem – odpowiedział, patrząc mi ciepło w oczy – zrobię wszystko, żebyś była tu szczęśliwa. Jeśli po jakimś czasie, kiedy już wydobrzejesz, zdecydujesz, że nie chcesz już tu zostać, nie będę cię zatrzymywał. Ale do tej pory masz zagwarantowaną moją opiekę i ochronę – dodał, łapiąc moją dłoń i przykładając ją do ust. Jakieś dziwne uczucie rozlało się po moim sercu.
- Dziękuję ci.

10 minut później miałam przed sobą talerz z parującym jedzeniem. Wyglądało apetycznie i zapach też nie był całkiem najgorszy, ale coś mi tu nie pasowało. Chwyciłam nóż i widelec w dłonie, po czym odkroiłam sobie kawałek mięsa i jak na jakiejś degustacji wzięłam go do ust. Zaczęłam go przeżuwać. Powoli i spokojnie. Dwójka dorosłych siedzących naprzeciwko patrzyła na mnie dziwnie. Zdawało mi się, że na ich twarzach malowało się napięcie.
- Monika? - pierwszy odezwał się szatyn – coś nie tak? - spytał, przenosząc wzrok z mojego talerza na moje usta i wyczekując mojej odpowiedzi. Wreszcie udało mi się przełknąć mięso. Po chwili uczyniłam to samo z ryżem oraz warzywami. Wszystko osobno i skrupulatnie analizowałam.
- Kto gotował ryż z warzywami? - spytałam chłodno, patrząc na oboje.
- Ja.. - bąknęła mama. Patrzyłam na nią przez moment.
- Nieźle – skomentowałam po kilkusekundowej ciszy. Na jej twarzy pojawiła się ulga a sama uśmiechnęła się blado – tylko warzywa mogłaś połączyć z ryżem zaraz po zdjęciu z pary, byłyby bardziej soczyste – dodałam. Skąd ja brałam takie informacje?
- Dziękuję.. - szepnęła i zabrała się za spożywanie swojej porcji.
- Jak mniemam, ty robiłeś pieczeń – teraz zwracałam się do Gregora. Siedział jak sparaliżowany, jakby czekał na wyrok.
- Tak.. - odparł zmieszany. Był zestresowany.
Nie patrząc na niego, odkroiłam kawałek pieczeni i podsunęłam mu bliżej talerz. Ułożyłam splecione ręce na stole.
- Słucham? - patrzył na mnie spanikowany.
- To ja słucham – rzuciłam – co jest z tym mięsem nie tak?
Szatyn począł przyglądać się kawałkowi pieczeni jak jakiemuś obiektowi badań. Biedny, kręcił talerzem to w jedną, to w drugą stronę, ale wszystko na nic. Główkował, spoglądał pod każdym kątem, zmrużał jedno i drugie oko. Nic.
- Boże, nie wiem! - wydał z siebie jęk rozpaczy a jego przerażone oczy mówiły jedno: katastrofa. Z ledwością udało mi się ukryć uśmiech, który chciał już zabłysnąć na moich ustach. Na szczęście tego nie zauważył. Kątem oka dostrzegłam, że mama także lekko się uśmiecha.
- Jest niedopieczone – odpowiedziałam surowo. - spójrz, środek różni się zupełnie kolorem od tego, co widać bliżej brzegu i na skórce – mówiąc to, wskazałam mu palcem odpowiednie miejsce.
- O matko.. - wyrwało mu się.
- No o matko, o matko! - powtórzyłam, udając wzburzenie i wyprostowałam się na krześle.
- Ale to niemożliwe. Zawsze każdy chwalił moją pieczeń. Wydawała się wyborna... - powiedział łapiąc się za brodę. Wyglądał, jakby popadł w czarną rozpacz.
- Jeszcze sos, Gregor – odezwałam się. Przez chwilę pomyślałam sobie, że to grzech go tak torturować. Fakt, wszystkie moje uwagi dotyczące posiłku były trafne, jednak poznałby się na tym jedynie zawodowy kucharz. W rzeczywistości jego danie było naprawdę smaczne.
- Co z nim nie tak?
- Źle go doprawiłeś – westchnęłam – gdzie masz przyprawy? - podniosłam się powoli z krzesła.
- W tej drugiej szafce u góry od lewej.. - odpowiedział niepewnie. Kiedy szłam w tamtą stronę, nie mogłam już się sama do siebie nie uśmiechnąć. Ta sytuacja była przekomiczna. Pierwszy raz widzę Gregora tak śmiertelnie przerażonego.
Otworzyłam szafkę i przyjrzałam się całemu asortymentowi. Muszę jednak przyznać, że chłopak zna się trochę na rzeczy. Cały ten „zestaw” robił wrażenie.
Szybko wyciągnęłam odpowiednie rzeczy i po kolei zaczęłam je dodawać do sosu. Nie wiedziałam, co i ile mam wsypać. Robiłam to intuicyjnie. Po prostu czułam, że tak powinno być.
- Gotowe! – oznajmiłam reszcie. Chwyciłam łyżkę i spróbowałam doprawionego wywaru. Przymknęłam oczy, rozkoszując się smakiem. Tak, teraz było idealne.
Każdy z pozostałych dostał po dużej łyżce sosu do swojego talerza. Owszem, szatyn patrzył na mnie spod byka, ale nie omieszkał spróbować potrawy. Widziałam po nim, że mu smakowało, choć starał zachowywać się neutralnie i udawać, że nie zrobiło to na nim wrażenia. Ucieszyłam się w duchu.
- Mamusiu, gotujesz najlepiej na świecie! - krzyknęła Alicja – przepyszne!
- Dzięki, skarbie – odpowiedziałam stanowczo i obdarzyłam go ciężkim spojrzeniem. Niech sobie nie myśli, że we wszystkim jest taki najlepszy.
- To oczywiste. Przecież ty masz po prostu talent do gotowania – dodała moja rodzicielka – ale Gregora to już mogłaś oszczędzić – dodała ze śmiechem, a ja już nie byłam w stanie się powstrzymać, by jej nie zawtórować. Gregor patrzył na nas wrogo.
- To miała być kpina? - spytał ironicznie. My znów się zaśmiałyśmy.
- Monika zawsze tak robi – teraz to ja przypatrywałam się jej zaskoczona – kiedyś kazałam Kasi zrobić dla was wszystkich obiad. Nie miałam jakoś czasu, bo spieszyłam się do pracy. Skompromitowałaś ją wtedy na oczach jej najlepszej przyjaciółki i chłopaka, który bardzo się jej podobał i chciała mu zaimponować. - wyjaśniła z rozbawieniem.
- Jak to? - spytałam szczerze zaintrygowana.
- Po prostu stwierdziłaś, że jej obiad jest wstrętny i poprawiłaś go po swojemu. Oczywiście wyszło o niebo lepiej i ten chłopak zamiast do niej, zaczął zalecać się do ciebie. Kaśka nie odzywała się wtedy do ciebie przez jakieś dwa tygodnie.
- Byłaś okrutna – skomentował Gregor. Wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Owszem, ale zdolna. Nie bez przyczyny zdecydowałaś się na technikum gastronomiczne – powiedziała ze wzruszeniem – a teraz stałaś się zdolną kucharką na wysokim poziomie.
- Ale najlepsze dania będziesz gotować tylko dla mnie, prawda? - tym razem odezwała się Alicja. Uśmiechnęłam się promiennie i pogłaskałam małą po główce.
- No oczywiście, kochanie. Ty jesteś najważniejsza! - dodałam. Dziewczynka wyraźnie się ucieszyła.
- No dobrze, jedzmy już, bo wszystko wystygnie – powiedziała mama.

Gorąca, długa kąpiel. Właśnie tego było mi trzeba po tym ciężkim dniu. I wreszcie mogłam doprowadzić swoje ciało do porządku. Choć nieprzyjemna depilacja zajęła mi sporo czasu, to poczułam się o niebo lepiej. Cała łazienka należała tylko do mnie. Mogłam wlać sobie pełną wannę wody z dodatkiem litrów przeróżnych płynów do kąpieli, które kupił Gregor. Sądząc po opakowaniach, one też musiały być drogie. A co mi tam. Może nigdy w życiu nie będę miała już szansy na korzystanie z takich udogodnień.
Ubrałam na siebie czystą pidżamę i na paluszkach wróciłam do swojego nowego pokoju. Alicja i mama już dawno położyły się do łóżek i nie chciałam ich budzić.
Stanęłam naprzeciwko lustra i przyglądałam się swojemu odbiciu. Kilka tygodni w szpitalu sprawiły, że nieco schudłam, ale wcale nie uważam, żebym była wychudzona, jak sądzi Gregor. Poza tym jedyne ślady po wypadku to blizna na czole i ogólne zmęczenie. Moja cera przybrała szarawej barwy a oczy były podkrążone. Dobrze chociaż, że do operacji nie ścinali mi włosów. To byłaby istna tragedia.
W spokoju rozczesałam mokre włosy a potem powoli dowlekłam się do łóżka. Kąpiel na chwilę uśmierzyła doskwierający ból, ale już czas by zażyć kolejną dawkę leków przeciwbólowych i posmarować się maścią.
Przymknęłam oczy i już byłam w półśnie, kiedy ktoś zapukał cicho do mojego pokoju a potem się do niego wślizgnął. Nie musiałam patrzeć, żeby odgadnąć, kto to.
- Śpisz? - szepnął.
- Nie, tylko odpoczywam od ciebie – w tym momencie otworzyłam oczy i ujrzałam ból na jego twarzy – no przecież żartuję – zapewniłam go.
- Masz dziś specyficzne poczucie humoru – skomentował, nie szczędząc ironii. Uśmiechnęłam się.
- Chodź tu i przestań narzekać – wyciągnęłam do niego rękę a on w dwie sekundy przemierzył szerokość pokoju i znalazł się tuż przy mnie.
- Jestem – przysiadł na skrawku łóżka i złapał moją rękę. Chyba nie zamierzał puszczać.
- Wiesz, mogłabym wykorzystać cię do jakichś niecnych celów. Jesteś mi taki posłuszny.
- Bardzo zabawne – skwitował. Zaśmiałam się melodyjnie. On zareagował tym samym. Do twarzy mu było z tym beztroskim śmiechem.
Podniosłam się na łokciach, lecz ruch ten był stanowczo zbyt szybki. Zacisnęłam zęby z bólu. Gregor oczywiście wszystko dostrzegł.
- Powinnaś uważać. Jutro umawiam cię z naszym fizjoterapeutą. Trzeba zacząć rehabilitację. - powiedział poważnie. Usiadł tuż za mną i przytrzymywał mnie, by było mi wygodnie.
- Dziękuję ci za wszystko – nie mogłam myśleć, kiedy czułam jego ciepłe ciało tak blisko mojego. Odejmowało mi wtedy rozum.
- Nie musisz mi za nic dziękować. Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko. - szepnął mi do ucha a potem delikatnie pocałował mnie w skroń. Znów przymknęłam oczy a moje usta mimowolnie się rozchyliły. Zaczęło ogarniać mnie gorąco a oddech zdecydowanie przyspieszył.
- Wszystko w porządku? - spytał, a w jego głosie słychać było niepokój.
- Tak..jest ok – odpowiedziałam gardłowo. Żebyś tylko wiedział..oprócz tego, że nabrałam ochoty byś włożył mi teraz rękę pod bluzkę od pidżamy. Ale to przecież nic...
- Na pewno? - teraz i on przybrał zmysłowy ton, od którego wirowało mi w głowie. Moje ciało zaczęła ogarniać jakaś gorączka. Pragnęłam go.
- Idź już. Chciałabym pójść spać – zdołałam wydusić z siebie. To, żeby wyszedł z tego pokoju było ostatnią rzeczą, jakiej oczekiwałam.
- W takim razie dobranoc – pocałował mnie jeszcze we włosy a potem szybko wygramolił się z łóżka. Poczułam ogromny zawód i pragnienie, by zawołać go z powrotem, ale wiedziałam, że nie mogłam.
- Dobranoc, Gregor. Spokojnych snów – uśmiechnęłam się, ale nie byłam w stanie na niego spojrzeć.

- Tobie również – mylisz się. Moje sny dzisiaj na pewno nie będą spokojne.

**
Witajcie po kolejnej długiej przerwie. Przepraszam, że tak rzadko piszę, ale po prostu nie mam weny a nadmiar obowiązków nie pozwala mi spokojnie skupić się na opowiadaniu. Obięcuję jednak dodać coś jeszcze do końca sierpnia.
Jak Wam idą przygotowania do rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego? Ja na szczęście zaczynam od października, ale dobiegające końca lato mnie dobija. Tym bardziej, że nie czuję, jakbym wykorzystała je do końca.
Wszystkiego dobrego i buziaczki :**

Ann

piątek, 7 sierpnia 2015

25. Do domu!

Nadszedł lipiec. Lato na zewnątrz tętniło pełnią życia. Od kilkunastu dni królowały upalne temperatury a ludzie robili wszystko, byleby nie spędzać choć minuty dłużej na tym piekącym skwarze. Ci, którzy musieli pracować, ratują się klimatyzacją. Urlopowicze po prostu nie wyciągają nosa za drzwi swoich mieszkań, rozkoszując się wiaterkiem wiatraczków. A reszta uciekała w każde miejsce, gdzie można było zanurzyć się w wodzie i zdobyć skrawek miejsca na plaży.
Mnie natomiast aż rwało do wyjścia na zewnątrz i cieszenia się każdym dniem. I to pragnienie spełni się właśnie dziś. W dniu, w którym wreszcie mam opuścić ten nieszczęsny szpital. Chociaż może nie powinnam określać tego miejsca w tak ordynarny sposób. W końcu przez te kilka tygodni zapewniono mi najlepszą i profesjonalną opiekę, nigdy mi niczego nie brakowało no i miałam pojedynczą salę. W Polsce takie miejsca są oferowane chyba jedynie dla jakichś VIPów.
Nie sądzę jednak, że nie maczał w tym swoich rąk Gregor. Z pewnością każde udogodnienie było jego zasługą. Nie odstępował mnie na krok, odwiedzał niemal codziennie i spełniał każdą zachciankę, choć wcale ich tak wiele nie miałam. Nie chciałam nadwyrężać jego uprzejmości, choć wiem, że kierował się czymś o wiele silniejszym. Uczuciem do mnie. A raczej czymś, co łączyło nas przed wypadkiem i o czym niestety nadal nie pamiętam.
Szatyn nie naciskał, tak jak obiecał. Cierpliwie znosił ten dystans, jaki stworzyłam między nami i nie próbował niczego na siłę zmieniać. Czekał, aż sama zdecyduję się na pogłębienie naszej relacji, której uczę się na nowo. Nie wiem tak naprawdę, jak ją w tym momencie nazwać. Przyjaźń? Zauroczenie? Nie mam pojęcia. Wiem jedno. Codziennie oczekuję jego przyjścia, wyglądając zza okna na parking, czy aby nie stoi tam jego samochód. A kiedy wychodzi, ogarnia mnie smutek i żal a potem odliczam te wszystkie godziny do kolejnej wizyty. Z początku tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu potrzebowałam tu towarzystwa. Ale okazało się, że odwiedziny innych znajomych wcale mi nie wystarczają. Oczywiście, cieszę się za każdym razem, kiedy wpadnie do mnie Amelia albo ktoś z restauracji. Jednak...to nie wystarcza. Zauważyłam, że w pełni zadowolona jestem jedynie wtedy, kiedy przychodzi Gregor z moją córką a czas spędzony z nimi ucieka mi zdecydowanie za szybko.
Do tej pory nie odzyskałam pamięci. Jedynym pocieszeniem jest to, że od czasu do czasu pojawiają mi się w głowie obrazy z jakichś wydarzeń z mojego dzieciństwa albo coś związanego z Alicją. Nie mam na to wpływu. Bywa, że pokazują się w snach albo w momentach chwilowego zamyślenia. Wszyscy próbują wzbudzić we mnie jakiś wspomnienia, opowiadając różne historie, pokazując zdjęcia czy nawet filmy. Ale nic z tego. W głowie wciąż mam czarną dziurę i narastające uczucie frustracji. To naprawdę okropne, kiedy nie wiesz, kim tak naprawdę jesteś. Budzisz się i nie wiesz, co tutaj robisz. Nie pamiętasz niczego, co mogłoby być związane z twoją osobą. Pustka. Zero. Nic. Jesteś więźniem we własnym ciele, które za nic w świecie do niczego ci nie pasuje.
Musiałam się przyzwyczaić do tej myśli i po prostu zacząć wszystko od początku. Mam oparcie w rodzinie i przyjaciołach, ludziach, którzy kiedyś byli dla mnie ważni. Mam moją Alicję. Z początku bałam się spotkania z nią. Jednak kiedy tylko ujrzałam ją w drzwiach sali, moje serce zabiło mocniej. Była do mnie taka podobna. Zakochałam się w niej choć nie pamiętałam, jak to jest być matką. Wiedziałam, że ona nie może niczego podejrzewać. Że musiałam zachowywać się naturalnie. I ta naturalność przychodziła mi z największą lekkością.
Opierając się na jednej kuli próbowałam spakować wszystkie rzeczy, jakie były mi potrzebne w szpitalu. Moje zniecierpliwienie przerwało pukanie do drzwi. Gregor? Tak szybko? Odwróciłam się z uśmiechem na ustach, by go powitać, lecz ujrzałam przed sobą kogoś zupełnie innego.
- Cześć.. - odezwał się niepewnie i podszedł kilka kroków do przodu.
- Hej.. - bąknęłam i sama przysiadłam na skrawku łóżka. Nie spodziewałam się jego wizyty. Nie pojawił się od tamtego wieczoru.
- Pewnie myślałaś, że to Gregor. Taka tam niemiła niespodzianka.. - odezwał się po chwili. Nie odpowiedziałam, bo i tak nie wiedziałam, co.
- Już zdążyli ci powiedzieć całą historię. Widzę to po tobie – zdecydowałam się spojrzeć mu w oczy. - wiem, że jestem skończonym draniem i nie wart jestem nawet rozmowy z tobą po tym wszystkim, co ci zrobiłem.
- Więc po co przyszedłeś, Karl? - spytałam i aż sama dziwiłam się stanowczością mojego głosu. Uśmiechnął się delikatnie.
- Chciałem sam się przekonać, czy wszystko z tobą w porządku. Do tej pory Gregor skutecznie mi to uniemożliwiał – dodał. - no i ty też jakoś nie domagałaś się mojego towarzystwa.
- Ale po co miałbyś przychodzić? Z tego, co wiem, to nie interesowałeś się własną córką przez ponad dwa lata. - nie ukrywałam tej pretensji do niego. Co prawda, o tym , co nam zrobił wiem jedynie od innych, ale zdaję sobie sprawę, ile mnie to musiało kosztować.
- Każdy naopowiadał ci pewnie samych złych rzeczy na mój temat. I mają rację. Zachowałem się jak skończony drań, ale mogłabyś też wysłuchać, co mam ci do powiedzenia – odparł. Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem.
- Skrzywdziłeś nas – syknęłam – nigdy nie chciałeś opiekować się Alicją a mnie potrafiłeś nawet uderzyć..
- Moni..
- Nie kończ, Karl – przerwałam mu – to, co kiedyś było między nami już nie istnieje.
- Mogłabyś pokochać mnie na nowo. Dać mi drugą szansę. Mimo wszystko...to jest okazja, żeby zacząć wszystko od początku – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. Jego anielskie i szlachetne rysy w żaden sposób nie zdradzają charakteru. Gdybym go nie znała (choć właściwie to nie znam) lub nie wiedziała o nim niczego, z pewnością to hipnotyzujące spojrzenie przekonałoby mnie do każdego jego słowa.
- Nie mogę zabronić ci widywać się z dzieckiem – westchnęłam – ale między nami już nigdy nic nie będzie. To koniec.
- Czyli Schlierenzauer to niby twój książę z bajki? - powiedział ironicznie. Wybałuszyłam oczy ze zdziwienia. I to ma być sposób na odzyskanie rodziny?
- Daruj sobie. Myślę, że ta rozmowa nie ma sensu – dodałam i powoli podniosłam się z łóżka. Brunet uczynił to samo.
- Poczekaj – odparł zrezygnowanym głosem – przepraszam...nie to miałem na myśli – zaczęło ogarniać mnie zniecierpliwienie. Wcale nie miałam ochoty na żadne rozmowy ani dyskusje z tym człowiekiem. Wystarczyło mi przypomnienie kilka epizodów z mojego „dawnego” życia.
- Chciałbym ci coś pokazać – po raz kolejny się zdziwiłam. Karl wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i zaczął coś w nim szukać. - to było nagrane na drugi dzień po urodzeniu Ali. Najcenniejsza pamiątka, jaką po was zachowałem przy sobie. Oglądam to niemal codziennie – nie mówiąc nic więcej po prostu podał mi urządzenie do ręki. Ponownie przysiadłam na łóżku i kliknęłam „play”.
Na ekranie komórki odtworzył się jakiś filmik. W tle widniało podobne miejsce, w którym się obecnie znajduję. No tak. Szpital. Tylko troszkę różnił się od tego tutaj. Po chwili ujrzałam białe łóżko, w którym leżałam...ja? Otworzyłam usta ze zdumienia. Faktycznie, dziewczyna z filmiku to byłam ja. Tylko taka kilka lat młodsza.
- Witam moją prześliczną mamusię – usłyszałam radosny głos, należący zapewne do autora filmiku. Głos Karla. Ta „druga” ja zaczęła się promiennie uśmiechać.
- Karl, nie filmuj. Wyglądam okropnie – brunet zaczął się do mnie zbliżać z kamerą a ja zawstydzona poczęłam zakrywać się rękoma. Oboje się śmialiśmy.
- Jak się czujesz? - patrzyłam na niego, nie na kamerę.
- Jak na wypuszczenie z siebie wielkiego arbuza to nieźle – odpowiedziałam kąśliwie. Tymczasem mój towarzysz, który patrzył na ekran znad mojego ramienia zaśmiał się cicho. Kąciki moich ust również uniosły się ku górze.
- I wyglądasz pięknie. Jesteś najpiękniejsza na świecie – powiedział to bardzo czułym szeptem. „Ja” z ekranu znów się uśmiechnęłam a moje oczy rozbłysły. Po chwili słychać było dźwięk otwieranych drzwi.
- Dzień dobry, mamo. Trochę zgłodniałam – teraz Karl skierował kamerę właśnie w tym kierunku. Na ekranie pojawił się mój brat z małym zawiniątkiem w ramionach.
- Moja córeczka – usłyszałam głos Karla. Tym razem powędrował w stronę nowo przybyłych. Za chwilę na wyświetlaczu pojawiła się malutka twarzyczka noworodka. Moja córcia. Malutka Alicja. Przyłożyłam dłoń do ust, bo myślałam, że naprawdę za chwilę się rozpłaczę.
- Była najśliczniejszym bobasem pod słońcem – doszło gdzieś przy moich uszach. Wzruszyłam się. I to cholernie. To musiał być najcudowniejszy moment w moim życiu.
- Daj mi ją na ręce a teraz ty kręć – znów odezwał się Karl „ z filmiku”. Wujek niechętnie, ale spełnił prośbę i po krótkiej chwili panowie zamienili się rolami.
- Cześć, Ala. Tutaj tata. TATA. No powiedz: TA-TA – brunet tulił do siebie dziecko i dziwacznie się do niego uśmiechał, wciąż powtarzając by mała nauczyła się mówić to słowo.
- Karl, ona ma dopiero dwa dni – powiedziałam, nie kryjąc szczęścia a zarazem rozbawienia na twarzy. Wydawało mi się z tej perspektywy, że niemal wyrywam ręce do dziecka, które chciał mi podać Karl.
Teraz dziewczynka spoczywała w moich ramionach a Karl usiadł obok nas. Alek oczywiście skrupulatnie wszystko filmował, dodając przeróżne „efekty specjalne”, jak jakieś kształty dłoni przed kamerą czy zoom. Właśnie popatrzyłam na niego jak na skończonego debila.
- Oj tam, oj tam – rzucił Karl – a skąd wiesz, że nie urodziło się nam genialne dziecko i ona uczy się wszystkiego dziesięć razy szybciej? - dodał, głaszcząc malutką po główce. Pokręciłam głową, wznosząc pomsty do nieba.
- Dobra, koniec tego Hollywood, bo muszę ją nakarmić – powiedziałam stanowczo, choć z humorem i spojrzałam w stronę „kamerzysty”.
- Jeszcze tylko jedno ujęcie do idealnego zdjęcia! - krzyknął mój brat a Karl zaraz się do nas przykleił i pokazał wielkiego banana na twarzy. Znów zaczęłam się śmiać.
- Jesteście niemożliwi – mimo wszystko i ja patrzyłam z uśmiechem w kamerę po czym zaczęliśmy we dwoje do niej machać. Następnie filmik się skończył.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Trzymałam ten telefon w ręce i głupio na niego patrzyłam.
- Właśnie wtedy byliśmy szczęśliwi. Do tego chciałbym wrócić – szepnął. - nie zawsze byłem takim skończonym draniem, za jakiego wszyscy mnie uważają.
Poczułam delikatne dotknięcie gdzieś przy karku. Jakaś cecha, którą musiałam od zawsze posiadać, spowodowała, że gdzieś w środku ogarnęły mnie wyrzuty sumienia. Pomyślałam, że nie powinnam go w ten sposób traktować. W końcu to ojciec mojego dziecka.
Odwróciłam się w jego kierunku. Nasze twarze były teraz naprawdę blisko. Nie wiem, dlaczego, ale między nami stworzyła się specyficzna atmosfera.
- Mamo! - do sali wbiegła uradowana dziewczynka i momentalnie się do mnie przytuliła. Uważając oczywiście, by mi to nie zaszkodziło.
- Cześć, słoneczko – wzięłam ją w swoje ramiona i mocno przytuliłam. Spojrzałam za plecy dziecka. W drzwiach stał oparty nonszalancko Gregor. Jego mina mówiła sama do siebie, gdy zobaczył, jakiego mam gościa.
- Stęskniliśmy się za tobą! Fajnie, że już dzisiaj wychodzisz ze szpitala. Teraz ty będziesz mi opowiadać bajkę o „Magicznym Rycerzu”. Bo Gregor się jeszcze trochę plącze.. - dodała już nieco ciszej. Szatyn i tak oczywiście wszystko słyszał i jedynie się uśmiechnął.
- Już teraz codziennie będę cię kładła spać – odpowiedziałam, głaszcząc ją po włosach.
- Znaczy ty i Gregor, prawda? - spytała i spojrzała na mnie nieufnie. Uśmiechnęłam się.
- Zobaczymy, jak to będzie – odparłam. Nagle dziewczynka uświadomiła sobie, że nie znajdujemy się tutaj jedynie we trójkę i się nieco speszyła, chowając twarz w moją szyję. Spojrzałam znacząco na Karla. Ten jednak zdawał się nie odwracać wzroku od dziecka.
- To jest Karl, mój...dobry kolega – odpowiedziałam małej.
- Dzień dobry – odezwała się niepewnie.
- Cześć, Ala – brunet ukucnął na wysokości małej i szeroko się do niej uśmiechnął – mama mi wiele o tobie opowiadała.
- Tak? No bo ja nigdy o tobie nie słyszałam.. - trochę się skrępowałam, kiedy to powiedziała a wyraz twarzy Bauchmanna spoważniał.
- Ala, no kto pomoże mamie spakować te wszystkie rzeczy? Jak się nie pospieszymy to jeszcze nas stąd nie wypuszczą – do akcji wkroczył Gregor. Przemierzył długość dzielącą drzwi i łóżko, po czym stanął obok nas niczym jakiś obrońca. Jak wilk chroniący swoje stado przed wrogiem. Przed Karlem, uściślając.
Obaj mierzyli się wrogimi spojrzeniami. Atmosfera zaczęło się robić z każdą sekundą coraz bardziej napięta. Jedynie Alicja tego nie dostrzegała, zajęta układaniem moich kilku kompletów pidżamy w kostkę i chowaniem rzeczy do torby. Coś tam sobie nuciła pod nosem.
- Nie sądziłem, że zdecydujesz się tutaj przyjść – odezwał się chłodno skoczek. Karl uniósł prawą brew do góry. Nie wiem skąd, ale ten gest wydawał mi się jakby znajomy...
- Chciałem o czymś porozmawiać z Moniką - odparł.
- I co? Sprawa wyjaśniona?
- Niekoniecznie. Jesteśmy na...etapie wstępnym – odpowiedział brunet. Spostrzegłam, jak Gregor ściska pięści. To nie wróży nic dobrego.
- Karl, myślę, że powinieneś już pójść. Faktycznie trochę nam się spieszy – wtrąciłam się do tej „rozmowy”. Nawet na mnie nie spojrzeli. Przewróciłam oczami. Bałam się jednak, że jeszcze chwila a może dojść do kolejnej kłótni.
- Tak..to zdecydowanie pora, żebyś już sobie poszedł - dodał szatyn. Karl był wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sytuacji, jednak zaraz całe to napięcie zeszło. Uśmiechnął się sztucznie.
- W takim razie do zobaczenia, Moni – w tym momencie zaszczycił mnie swoim wzrokiem – dbaj o siebie. Niedługo spotkamy się ponownie – powiedział stanowczo. Nawet nie chcę wiedzieć, co w tym momencie pomyślał sobie Schlierenzauer. - pa pa, Alicja. My się pewnie też niedługo spotkamy.
- Cześć, Karl – odpowiedziało wesoło niczego nieświadome dziecko. Karl nie wahał się zbyt długo. Po chwili jedyne, co po nim pozostało, to zapach perfum w powietrzu.
Spojrzał na mnie. A w tym jego spojrzeniu..było coś, że czułam się nieprzyzwoicie. Jakbym naprawdę zrobiła coś złego.
- O czym rozmawialiście? - spytał podobnym tonem, jakim zwrócił się do bruneta. Aż mnie ciarki przeszły.
Pokazałam wymownie na dziewczynkę. Gregor odwrócił się do dziecka i, ku jej zaskoczeniu, wziął ją na ręce.
- Puszczaj! - śmiała się. Pocałował ją w czoło.
- Pójdziesz teraz tu do tego okienka na korytarzu, do babci? Ona tam czeka na wypis dla mamy.
- A po co? - cwaniara.
- Bo chcę o czymś pogadać z mamą? - odpowiedział.
- A o czym? - była już coraz bardziej podejrzliwa.
- Opowiem ci potem – mała skrzyżowała ręce i uformowała dzióbek. Nie dawała za wygraną – ehh...no dobra. Stawiam lody.
- Ale podwójną porcję z bitą śmietaną i jagodami! – odpowiedziała pewnie. Zaśmiałam się cicho.
- Dla mojej księżniczki wszystko – powiedział i ją puścił. Dziewczynka po chwili wyszła.
- Nie mogę. Owinęła sobie ciebie wokół palca – nie potrafiłam przestać się śmiać. Krótko mówiąc, jest pod jej pantoflem.
- Cóż, straciłem dla niej głowę – odpowiedział teatralnie – zresztą tak jak i dla jej mamy – dodał nieco ciszej, obdarzając mnie intensywnym spojrzeniem. Zawsze tak na mnie działał?
Nie odpowiedziałam. Szatyn po chwili zajął miejsce obok mnie.
- No to o czym rozmawiałaś z tym...och, nie mam dla niego żadnego pozytywnego określenia – dodał. Zerknęłam na niego spod byka.
- Właściwie o niczym.. Chciał mi coś pokazać – odparłam.
- Co takiego?
- Nagranie.
- Jakie nagranie? - nie poddawał się. Westchnęłam.
Trochę się wahałam nad odpowiedzią. Nie chciałam, żeby się zaraz złościł. Ale z drugiej strony nie mam czego przed nim ukrywać.
- Pokazał mi nagranie ze szpitala, zaraz po urodzeniu Alicji – zaczęłam niepewnie. Widziałam, jak cały zesztywniał. No i się zaczyna...
- Wyglądaliśmy na nim na całkiem szczęśliwą rodzinkę. On..naprawdę się cieszył z narodzin małej. Miał taki szczęśliwy wyraz twarzy..
- I ty wierzysz w te wszystkie bzdury? - wtrącił się. Spojrzałam na niego zdumiona.
- Gregor, przecież on jej nie nienawidził od samego początku ani nie pałał do niej wstrętem. Cieszył się, że został ojcem. Gdybyś widział to nagranie..
- Tak i teraz uważasz go za jakąś ofiarę. Bo wszyscy po nim jeżdżą a on próbuje tobą manipulować, wykorzystując twoją amnezję! – dodał, nie kryjąc sarkazmu. Nie wierzyłam własnym uszom.
- Gregor, o co ci chodzi? - teraz to i ja podniosłam głos. Zaczął mnie wkurzać.
- Tamta Monika nigdy nie dałaby sobie wcisnąć takiego kitu! - rzucił i dopiero po chwili zrozumiał, co właśnie powiedział.
Wstałam i pospiesznie zaczęłam pakować swoje rzeczy do torby.
- Moni, poczekaj. Ja nie chciałem..
- Wiesz, co? Może to właśnie ty uważasz, że jestem twoją własnością?! Że jeśli mieliśmy jakiś tam romans to oznacza, że teraz jestem tylko twoja! - syknęłam, odwracając się w jego stronę. Cholera, nie mogę patrzeć mu w oczy, bo mięknę.
- Wcale nie. Po prostu czuję się za was odpowiedzialny. Wiesz, że cię kocham...
- No właśnie, Gregor – przerwałam mu – za to ja nie wiem, co właściwie do ciebie czuję. Tak naprawdę cię nie znam. Myślisz, że zdołałam przypomnieć sobie to uczucie, jakie łączyło nas przed wypadkiem? Nie! Więc proszę, nie naciskaj. Obiecałeś.
- Obiecałem, wiem – dodał już nieco spokojniej i położył dłonie na moich ramionach – do niczego cię nie zmuszam. Chcę jedynie, żebyście były bezpieczne. Dam ci tyle czasu, ile będziesz chciała. Poczekam – szepnął, patrząc mi głęboko w oczy. Zaciągnęłam głośno powietrze. Znów próbuje mnie oczarować.
- Tylko błagam, nie daj mu się ponownie wykorzystać – szepnął, zbliżając się do mnie. Jedną dłoń położył na moim policzku i zaczął go głaskać. Znów westchnęłam.
- Gregor, nie możesz być taki zaborczy – powiedziałam o wiele spokojniej. No i mnie ma – doskonale znam całą tą historię z Karlem. Niczego nie zrobię bez zastanowienia. Tylko jeśli będzie chciał zbliżyć się Alicji, mając oczywiście poważne plany, nie mogę mu tego zabronić. Prawnie, to on jest jej opiekunem – dodałam
- Wiem – szepnął. Widziałam, że ta sytuacja go dobija. Zdecydowałam się na całkiem spontaniczny gest. Zarzuciłam mu ręce na szyję i po prostu się do niego przytuliłam. Potrzebowałam tego.
- Tylko tobie ufam, Gregor - szepnęłam mu do ucha. I wtedy poczułam, jak mocno mnie do siebie przyciska.
- Kocham cię – wyznał i pocałował mnie we włosy. Czułam się dziwnie bezpieczna i spełniona. Właśnie przy nim.

W tym momencie do sali ponownie wbiegła Alicja a za nią weszła moja mama.
- Do domu! Do domu! - krzyczała – Mamo, zobaczysz jaki fajny pokój mi Gregor urządził! - dodała uradowana.
- Będziemy mieszkać u ciebie? - spojrzałam na niego zaskoczona. On jedynie się uśmiechnął.
- Zobaczysz – odpowiedział tajemniczo.



**
A napisałam sobie właśnie rozdział, więc go dodaję. Zawsze to lepiej niż czekanie kolejny tydzień :)
Jak Wam się podoba? Chyba już lepiej. Mniej tego smutku i w ogóle dennej atmosfery.
Kilka zwrotów akcji nas jeszcze czeka oczywiście, ale postaram się już nie rozdzielać Grega i Moniki.
Udanego weekendu! ;***

Ann

wtorek, 4 sierpnia 2015

24. Zaopiekuję się Wami

Nareszcie udało mi się złapać oddech. Chłonęłam w siebie powietrze, powoli pozbywając się tego nieprzyjemnego uczucia. Zaczęłam panicznie rozglądać się wokół. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie wiedziałam, co tutaj robię. Nie wiedziałam..
- Witamy z powrotem wśród żywych, pani Moniko – usłyszałam czyjś głos. Po chwili u mojego boku pojawił się jakiś mężczyzna ubrany na biało, z zawieszonym na szyi stetoskopem. Wywnioskowałam, że to lekarz. Uśmiechał się do mnie dziwacznie a potem zaczął świecić mini-latarką po oczach, co wzbudziło we mnie jedynie irytację. Odruchowo zacisnęłam powieki, chcąc uchronić się przed nieproszonym światłem.
- Proszę wytrzymać jeszcze momencik – powiedział, dostrzegając moje zniecierpliwienie. Gdy moje oczy przestały łzawić, zauważyłam niewielki tłum ludzi, krążących wokół łóżka, które zajmuje. Każde z nich dotykało mnie w różnych miejscach albo coś sprawdzało. Byłam i tak kompletnie zdezorientowana.
- Jak się pani czuje, pani Moniko? Czy w ogóle nas pani słyszy? - zdawał się po raz kolejny zwracać do mnie. Chciałam coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Usta miałam suche i spierzchłe a z gardła nie chciał wydobyć się żaden dźwięk.
- Ja..
- Podajcie jej wody. Tylko odrobinę – powiedział, przypatrując mi się z uwagą – proszę być spokojną. Jestem pani lekarzem prowadzącym. Operowałem panią. Czy pamięta pani, dlaczego się tu znalazła?
Czyli jednak jestem w szpitalu? Próbowałam skupić myśli i przypomnieć sobie wszystko, lecz w mojej głowie była pustka. Nie wiem, dlaczego tutaj jestem i co się w ogóle stało.
Spojrzałam na niego spanikowana i pokręciłam głową.
- No tak. To się może zdarzać po wybudzeniu. W końcu spała pani ponad 3 tygodnie.
3 tygodnie?! Byłam tyle czasu w śpiączce? O cholera, ale co się stało? W międzyczasie podeszła do mnie pielęgniarka i podstawiła do ust plastikowy kubek. Wzięłam kilka niewielkich łyków, a od samego przełykania zaczęło mnie boleć gardło. Czułam się okropnie.
- W ogóle cokolwiek pani pamięta? - czy on musi zadawać mi tyle pytań w tak krótkim czasie? Bałam się. Panicznie się bałam. Bo nie pamiętam nic. Co się wydarzyło, dlaczego ani nawet jak się nazywam..
- Pani Gellert.. - mężczyzna zaczął się niepokoić.
- Ja...
- Jest pani w szpitalu w Innsbrucku – znów mi przerwał – 3 tygodnie temu została pani potrącona przez samochód w wyniku czego w pani mózgu pojawił się dość poważny obrzęk. Z tego powodu wprowadziliśmy panią w stan śpiączki farmakologicznej, z którego zaczęliśmy panią wyprowadzać po około tygodniu. Niestety, nic to nie dało – wyjaśnił.
- Aż trzy tygodnie? - to były pierwsze sensowne słowa, jaki wypowiedziałam.
- Aż trzy, aż trzy – dodał z lekkim uśmiechem na ustach – wszyscy tu na panią czekali. Mama, rodzeństwo, chłopak, córka.
- Córka?! - pisnęłam nienaturalnym głosem, patrząc na niego tępo. Zmarszczył brwi. To ja mam dziecko? O Boże. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe, co zaraz zostało odzwierciedlone na monitorze. Mężczyzna milczał. Wciąż mi się przyglądał.
- Proszę się mi przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie – powiedział w końcu. I znów nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Oblał mnie zimny pot.
- Nazywam się...Monika...Gellert – ucieszyłam się w duchu, że zapamiętałam to nazwisko już na samym początku. Głos mi drżał.
- Coś więcej, pani Moniko – dodał. Obróciłam głowę w drugą stronę. Chciałam mu powiedzieć, ale nie wiedziałam, co.
- Ja...nie wiem... - wyszeptałam, czując jak po moich policzkach spływa kilka pierwszych łez – nie wiem..nie pamiętam..
- O cholera... - wymknęło mu się. Spojrzałam na niego wielkimi oczami – chyba mamy problem..

- Możesz jechać trochę wolniej? - syknął w moim kierunku. Uśmiechnąłem się chytrze pod nosem i przycisnąłem pedał gazu – pozabijasz nas!! - krzyknął ponownie.
- Czy byłbyś tak uprzejmy i wyjaśnił mi, po jaką cholerę ja cię w ogóle ze sobą zabrałem? - odparłem obojętnym tonem, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
- Bo mam takie samo prawo jak ty ją zobaczyć. Jest matką mojego dziecka – odpowiedział. Zacząłem się powoli wkurzać.
- Twojego? Przecież ty nigdy nie byłeś dla niej ojcem. Zostawiłeś ją. Nie opiekowałeś się. Człowieku, weź się dłużej nie kompromituj.
- W dupie mam twoje zdanie, Schlierenzauer – rzucił – może i popełniłem kilka błędów, ale mam zamiar to wszystko naprawić.
- Zaraz się przekonasz, że na to dawno za późno. Nigdy ci ich nie oddam. Alicja kocha mnie a ja ją. Stworzę jej prawdziwy dom a ty tu jesteś w ogóle niepotrzebny – odparłem stanowczo nie spuszczając wzroku z drogi przede mną. Karl nic nie odpowiedział. I bardzo dobrze, bo w tym momencie nie mam ochoty na zbędne dyskusje.

W szpitalu dowiedziałem się, że nie zdążyli jej jeszcze przenieść na inny oddział, więc bez problemu razem z brunetem dotarliśmy pod odpowiednią salę. Irytowała mnie jego obecność tutaj, ale nie to było teraz najważniejsze.
Miałem zamiar wbiec do pomieszczenia i rzucić się u jej stóp. Zobaczyć jej uśmiech i zagłębić się w tych ciemnych oczach. Pragnąłem ją zobaczyć. Porozmawiać z nią. Przytulić.
Okazało się, że niestety są to marzenia ściętej głowy. Kiedy tylko znalazłem się w korytarzu, gdzie znajdowała się sala Moniki, naprzeciw mnie wyszedł jej lekarz. Minę miał nietęgą. Momentalnie się przeraziłem. Gdyby miał dla mnie jakiekolwiek dobre informacje, to raczej biegłby w moim kierunku w podskokach. Gdzieś dalej stała siostra Inga a ujrzawszy nas dwóch uśmiech znikł z jej twarzy. Coś jest nie tak. Wiedziałem to.
- Panie Schlierenzauer – odezwał się siwy lekarz, gdy do nas podszedł. Skinąłem mu lekko głową.
- Doktorze..
- Niech pan się nie martwi. Pani Monika naprawdę się wybudziła i to nie był żaden fałszywy alarm – w pewnym sensie kamień spadł mi z serca. Poczułem częściową ulgę.
- ale.. - zacząłem, widząc, że mężczyzna ma mi coś jeszcze do przekazania.
- No właśnie...jest pewne „ale”, które braliśmy pod uwagę, lecz nie chcieliśmy państwa niepotrzebnie niepokoić.. - kontynuował, patrząc na nas obydwu niepewnie. Razem z Karlem niechętnie wymieniliśmy spojrzenia. W jego oczach zauważyłem panikę. Czyli jednak się o nią martwi.
- Doktorze, błagam. Niech pan wreszcie powie, o co chodzi – ponagliłem go, zirytowany. Serce znów przyspieszyło swój rytm, a w głowie pojawiło się tysiące scenariuszy.
- Po wstępnych badaniach nie stwierdziliśmy żadnych uszkodzeń ciała. Rdzeń kręgowy nie został naruszony, a więc pani Gellert ma czucie w kończynach i myślę, że po kilkutygodniowej rehabilitacji będzie w stanie samodzielnie się poruszać – wyjaśnił rzeczowym tonem. Odetchnąłem głęboko. A więc nie czeka jej żaden wózek i żadne kalectwo. Będzie w pełni sprawna!
- Czyli wszystko z nią w porządku? - spytałem, a na moich ustach pojawił się blady uśmiech. Lekarz jednak nadal zachowywał kamienną minę. Tym razem przeraziłem się nie na żarty.
- Bardzo mi przykro, ale...niestety muszę panów poinformować, że u pacjentki wystąpiła amnezja. Nie pamięta niczego ze swojego życia, które prowadziła przed wypadkiem. Miała nawet problemy ze swoją tożsamością.. - powiedział. Oczy wyszły mi z orbit. To niemożliwe. Nie, nie, nie. Do jasnej cholery, NIE! Dlaczego wszystko musi się pieprzyć?! Czy musimy płacić taką karę za to, że po prostu się w sobie zakochaliśmy? Wróć, ja ją kocham, bo ona nawet nie pamięta o moim istnieniu. Nie pamięta o naszym uczuciu. O Alicji. O niczym.
Nie zastanawiałem się długo i w mgnieniu oka wyminąłem starszego mężczyznę. Próbowali mnie zatrzymać, ale na nic się to im zdało. Z impetem otworzyłem drzwi do jej sali i stanąłem na środku pomieszczenia. Leżała odwrócona twarzą w drugą stronę. Gdy usłyszała trzask otwieranych drzwi, spojrzała w moim kierunku.

Odwróciłam się odruchowo, słysząc dźwięk otwieranych drzwi. Nawet lekko się wystraszyłam, bo ta osoba niemal wtargnęła do sali. Po chwili zobaczyłam mężczyznę. Był bardzo szczupły i wysoki. Miał ciemne blond włosy i ciepłe, brązowe tęczówki, w których teraz malowała się panika. Patrzyliśmy tak na siebie przez jakiś czas. Milczeliśmy. Ja, bo nie wiedziałam, kim on w ogóle jest i bojąca się wypowiedzieć choćby jedno słowo. On zapewne dlatego, że był w szoku.
- Moni... - wyszeptał tak czułym głosem, przepełnionym żalem i bólem. Nie potrafiłam dłużej podtrzymywać tego spojrzenia. Było zbyt intensywne i takie zbyt...intymne. Miałam wrażenie, że zaraz się zarumienię.
- Hej, nie bój się – dodał, widząc moje zmieszanie a potem usłyszałam jak powoli do mnie podchodzi. Głowę nadal trzymałam spuszczoną.
- Skarbie, to ja, Gregor. Powiedz, że mnie pamiętasz... - o Boże. Skarbie? Czyli to on był moim chłopakiem? Rozchyliłam nieco usta a potem znów podniosłam na niego wzrok.
- Przepraszam, ale...ja naprawdę nie wiem, kim jesteś. Niczego nie pamiętam – zdołałam wydukać drżącym głosem. Na jego twarzy malował się ogromny zawód. Jednak już po chwili posłał mi najpiękniejszy uśmiech, jaki mogłam sobie wyobrazić.
- Cii...spokojnie – nagle poczułam, jak łapie mnie za dłoń. Mój wzrok powędrował w tym kierunku. Jego dotyk był jak oparzenie. Jednak byłam już i tak dostatecznie wystraszona. Dla mnie w tym momencie ten facet był zupełnie obcym człowiekiem. Dlatego machinalnie wyrwałam mu dłoń z jego uścisku.
- Przepraszam.. - bąknął. Znów spojrzałam mu w oczy. Miały taki specyficzny odcień. Brąz...ciemny i głęboki. Czekoladowy. Czekoladowe spojrzenie. O tak, jeśli był moim chłopakiem, to z pewnością kochałam jego oczy.
- My.. - zaczęłam pod dłuższej ciszy – my..byliśmy razem, prawda? - spytałam cicho.
- Można tak powiedzieć – odpowiedział. Zmarszczyłam brwi. Chciałam zapytać go o to ostatnie zdanie, ale ktoś ponownie wkroczył nieproszony do mojej sali.
- Monika, Boże, ty żyjesz! - usłyszałam podniesiony ton. Szatyn momentalnie stanął wyprostowany, mierząc karcącym wzrokiem drugiego z mężczyzn. Bruneta. Równie przystojnego.
- Nikt cię tu nie zapraszał – syknął „mój chłopak”.
- W dupie mam twoje zdanie – rzucił a potem znów na mnie spojrzał – Moni, jak się czujesz? To ja, Karl. - zrobił kilka kroków w moją stronę, ale drogę zagrodził mu drugi z nich.
- Spieprzaj.
- Sam stąd spieprzaj, Schlierenzauer.
- Nie będę z tobą dyskutował!
- Już ci powtarzałem, że nie interesuje mnie twoje zdanie!
- Wynocha! - przysłuchiwałam się tej wymianie zdań z narastającym napięciem. Dwóch obcych mi mężczyzn właśnie awanturowało się przy moim łóżku a ja nie potrafiłam nic zrobić.
Zaczęłam głęboko oddychać, gdyż poczułam, jakby brakowało mi powietrza. Przed oczami ujrzałam wirujące mroczki. Nie wiem, kiedy, ale poczułam jak ktoś nade mną krąży a potem wstrzykuję mi coś w żyłę. W mojej głowie zapanował chaos.

- Czy wyście do cholery poszaleli?! Przecież ona teraz potrzebuje spokoju a nie dwóch kłócących się głąbów, których i tak nie pamięta! Jak macie się w ten sposób zachowywać, to żaden z was już więcej nie wejdzie do tej sali! - obaj staliśmy przed tęgą pielęgniarką ze spuszczonymi głowami. Czułem się jak niesforny kilkulatek. I tak też się zachowałem. Dałem się mu sprowokować i ponieść emocjom wiedząc, w jakim stanie jest brunetka. Dlatego ten ochrzan przyjąłem z pokorą.
- Niech siostra tego nie robi. Błagam – poprosiłem cicho, nie patrząc jej w oczy.
- No co jak co, ale po panu się tego nie spodziewałam, panie Schlierenzauer. Do tej pory zachowywał się pan nienagannie. Byłam pod wrażeniem tej chęci opieki nad pacjentką a w tym momencie jestem zawiedziona. To nie jest żaden cyrk, ale szpital! Należy zachować tu spokój! - ciągnęła swój wywód.
- Pozwoli mi pani do niej jeszcze wejść? - postanowiłem na nią spojrzeć. To głupie, ale moje spojrzenie zawsze w jakiś sposób działało na kobiety. Tak też było i teraz. Wyraz jej twarzy wyraźnie złagodniał. Wahała się, ale po chwili odparła:
- Wpuszczę pana pod warunkiem, że taka sytuacja się nigdy więcej nie powtórzy – powiedziała już nieco spokojniej. Przytaknąłem kilka razy na zgodę.
- a ja? - odezwał się ten przydupas. Westchnąłem głośno, unosząc oczy ku niebu.
- A pana nawet dobrze nie znam i nie mam zamiaru ryzykować – odpowiedziała oschle.
- Przecież to matka mojego dziecka!
- Już ja dobrze wiem, jaki z pana tatuś. Żegnam! - odpowiedziała drwiąco i po chwili już jej nie było. Posłałem brunetowi jedynie mordercze spojrzenie i ponownie udałem się do dobrze znanej mi sali.

Po raz kolejny usłyszałam dźwięk uchylanych drzwi. Tym razem jednak ktoś nie chciał narobić za wiele hałasu. Ponownie ujrzałam przed sobą Gregora. I ponownie byłam cała spięta.
- Możemy porozmawiać? - spytał cichym głosem. Skinęłam głową na zgodę a szatyn wziął stojący obok taboret i przysunął go możliwie najbliżej łóżka, po czym zajął na nim miejsce. Było już grubo po północy i dziwiłam się, że wpuszczają go do mnie o tak późnej porze. Cóż, musiał tu być na jakichś specjalnych warunkach.
W całej sali panował półmrok rozświetlany jedynie niewielką lampką, stojącą na stoliku obok. Tworzyło to nieco specyficzną atmosferę.
- Przepraszam za tą akcję. Nie chciałem się tak zachować...jak jakiś bachor.. - był wyraźnie skruszony i żałował swojego postępowania. Mimo wszystko uśmiechnęłam się do niego łagodnie.
- Już wszystko w porządku – odpowiedziałam. Dziwnie czułam się w jego towarzystwie. Nie wiem tylko, czy był to efekt tego, że to właśnie on był wybrankiem mojego serca, czy po prostu ten facet w jakiś sposób na mnie działa.
- Jak się czujesz? - spytał.
- Poza tym, że boli mnie każda kość, rozsadza mi czaszkę i mam wrażenie jakbym była naćpana to dobrze – odparłam. Zaśmiał się krótko. Miał piękny uśmiech.
- Cała ty – po prostu stwierdził. Spoważniałam. No właśnie, jaka ja w ogóle jestem?
- Kim był ten drugi facet? - spytałam, by zmienić temat. Na razie jest czas na ogólne pytania.
- To był Karl – odpowiedział z wyraźną niechęcią, wypowiadając jego imię – ojciec twojej córki, Alicji – otworzyłam usta ze zdziwienia. Moje życie musiało być bardzo pokomplikowane.
- Myślałam...że to ty jesteś jej ojcem.. - nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Tym razem nie potrafiłam odgadnąć, o czym myśli. Minę miał skupioną i przypatrywał mi się z zainteresowaniem.
- Znamy się bardzo krótko...a poza tym..myślę, że najlepiej byłoby zacząć wszystko od nowa.
I opowiedział mi całą historię. O pracy w jego restauracji, o tym, jak go zauroczyłam. O Sandrze i o wypadku. O mojej małej Alicji i o tym, co się działo w moim życiu zanim mnie poznał, opierając się na wszystkich historiach, jakie usłyszał ode mnie i od mojej rodziny. Po wysłuchaniu wszystkiego, co miał mi do powiedzenia musiałam stwierdzić, że tak naprawdę całe moje dotychczasowe życie było do dupy. Oprócz dziecka i pracy nic mi nie wyszło. Byłam samotną matką, muszącą radzić sobie w obcym kraju. Dopiero poznanie Gregora dodało mu kolorów. Jednak i ta nadzieja szybko legła w gruzach a miłość do niego okazała się największą trucizną.
- Jaka ona jest? - spytałam, kiedy każde z nas zagłębiło się w swoich myślach – moja Ala? - szatyn nie krył radości i szczęścia na dźwięk imienia dziewczynki. Wiem, że się nią przez ten cały czas opiekował, ale miałam wrażenie, że łączy ich jakaś silna relacja.
- Jest cudowna – powiedział to takim czułym głosem, a jego oczy błyszczały – jest radosnym, inteligentnym i odważnym dzieckiem. Wychowujesz naprawdę wspaniałą córkę – dodał, uśmiechając się do mnie pogodnie.
- Czy ona..jest dla ciebie ważna? No wiesz...czy traktowałeś nas poważnie. W końcu tak jakby świadomie zakochałeś się w kobiecie z dzieckiem - spytałam ponownie, patrząc mu w oczy. Spoważniał. Na początku nieco wystraszyła mnie ta diametralna zmiana nastroju.
- Traktuje ją jak własną córkę i ty dobrze o tym wiedziałaś. Nie pozwolę jej sobie sobie odebrać.
- Ale kto miałby ją niby odebrać? - teraz to już mnie przerażał.
- Karl – wycedził przez zęby – pojawił się w waszym życiu jak jakiś syn marnotrawny i łudzi się, że odzyska rodzinę, którą porzucił. Dobre sobie.. - prychnął.
- Boisz się? - spojrzał na mnie.
- Cholernie, Monika – odpowiedział zupełnie poważnie – boję się, że mi ją zabierze. Ma do tego pełne prawo. Chciałbym stworzyć jej dom, rodzinę...ale w obliczu prawa nie mam na to żadnych szans – odparł zrezygnowany i potarł twarz dłońmi.
- Gregor...wybacz – odezwałam się niepewnie, spuszczając wzrok – wierz, że niczego nie pamiętam. Ja..nie gwarantuję ci, że to..co nas łączyło wróci. Dla mnie w tym momencie jesteś kimś zupełnie obcym. Ba, sama dla siebie czuję się obca – westchnęłam – nie wiadomo, ile to potrwa a może być tak, że w ogóle..
- Cii – nagle poczułam jego palec na swoich ustach a nasze twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów. Moje serce zaczęło bić dziesięc razy szybciej a kiedy był tak blisko, ogarniało mnie niewytłumaczalne gorąco. Z wrażenie wstrzymałam oddech.
- O nic się nie martw. Na wszystko mamy czas – szepnął gdzieś przy moich ustach. Jego spojrzenie same za siebie mówiło, że pragnie mnie pocałować. W tym momencie byłam w kompletnej rozsypce, ale nie chciałam, żeby to zrobił. Pokomplikowałby mi wszystko jeszcze bardziej, o ile to możliwe.- kiedy wyjdziesz ze szpitala zabiorę was do siebie i się wami zajmę. Nie bój się, na nic nie będę naciskał. - dodał.
- Przyprowadzisz ją do mnie? - tym pytaniem zbiłam go z tropu. Musiałam coś zrobić, bo widziałam, że jego usta były dosłownie kilka milimetrów od moich, przez co czułam jego ciepły oddech, a gdy był tak blisko, woń jego zmysłowych perfum.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę jakby nie rozumiejąc pytania, po czym wrócił na swoje miejsce.
- Oczywiście. Jutro rano będziemy – uśmiechnęłam się do niego lekko, bo nie wiedziałam, co powiedzieć.

- Czyli jesteś skoczkiem narciarskim? - Gregor poprawił się na krześle i chyba oboje byliśmy zadowoleni z kolejnej zmiany tematu. Po chwili szatyn zaczął opowiadać mi o sobie. Mimo tego, że byłam nadal słaba i zmęczona, słuchałam jego historii, dopóki owo zmęczenie nie wzięło góry i po prostu zasnęłam.
**
Witam ponownie pod dość długiej nieobecności!
Przepraszam, że do tej pory nic się tu nie pojawiło, ale miałam masę rzeczy na głowie. Praca, przeprowadzka, kilkudniowy wyjazd. Tak naprawdę dopiero dziś miałam czas cokolwiek stworzyć.
Jak Wam się podoba ten rozdział? Myślę, że powoli wszystko zaczyna się układać :)
Ktoś z Was był w Wiśle? Bo muszę się pochwalić, że ja tak i było cudownie! Miałam bardzo dobry widok na kilka znanych twarzy. Mówcie o swoich wrażeniach w komentarzach :)
Do zobaczenia, 


Wasza Ann

środa, 22 lipca 2015

23. Granice cierpliwości

Wyglądała tak niewinnie. Dotknąłem delikatnie jej zimnego, bladego policzka. Jej skóra była gładka i tak nienaturalnie błyszczała. Wzdrygnąłem się, a moja dłoń zatrzymała się na chwilę w powietrzu, kilka centymetrów od jej twarzy. Boże. Gdyby nie miarowy dźwięk aparatury i te miliony kabelków plątających się przy jej ciele z pewnością sądziłbym, że jest martwa. Ale ona tylko spała. Była pogrążona w długim, permanentnym śnie. I kiedyś się z niego wybudzi. Musi.

Wstałem z zajmowanego dotychczas krzesełka i podszedłem do okna. Niebo było jasne i przejrzyste. Nie mogłem dostrzec na nim ani jednej chmurki. Otworzyłem szeroko okno i przymknąłem oczy, wdychając świeże powietrze. Upalne słońce grzało moje policzki. Do mych uszu docierały z oddali dźwięki bawiących się dzieci. Gdzieś na dole ruch toczył się swoim codziennym rytmem. Każdy był pochłonięty swoimi sprawami i problemami. A ja tkwiłem tutaj. Wciąż nieustannie czekałem. Na gest. Na znak. Na cokolwiek. Na coś, co pozwoli mi się wreszcie uspokoić i odetchnąć z ulgą. Na coś, co wybawi mnie z tego strachu, jaki towarzyszy mi od tamtego dnia. Już nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Jeść. Spać. Żyć. Za każdym razem, gdy zamykałem powieki, widziałem tamtą scenę a każda moja myśl krąży wokół niej.

Zacisnąłem dłonie na parapecie i odwróciłem głowę w jej stronę. Niemal od razu poczułem ból. Wystarczyło jedno zerknięcie na jej ciało.
- Monika, to już trzeci tydzień. Ile każesz na siebie czekać? - szepnąłem z nadzieją na odpowiedź. Ale się nie pojawiła. Ani po sekundzie, ani po minucie, ani po kwadransie. I codziennie było tak samo. Chore nic. Brak oznak reakcji na jakiekolwiek bodźce. Prychnąłem i pokręciłem głową z ironicznym uśmiechem – no tak.. - dodałem.
Czasami czułem się, jakby ogarnęła mnie jakaś paranoja. Bo albo do niej krzyczałem albo niemal szarpałem za dłonie. Po chwili jednak budziły się we mnie jakieś dziwne wyrzuty sumienia. Musiałem paść do jej stóp i po prostu błagać. O ratunek. O wybawienie z tej człowieczej nędzy. Pojawiały się wtedy łzy i poczucie bezradności. Bo nie mogłem nic zrobić. Pozostawało jedynie czekać. A mi powoli zaczynało brakować cierpliwości.
- Ostatnio zabrałem Alę do Disneylandu – odezwałem się po jakiejś półgodzinnej ciszy, przemierzając szerokość sali w to i z powrotem – nie uwierzysz, jaka była szczęśliwa. W życiu nie widziałem tak radosnego dziecka – uśmiechnąłem się sam do siebie, przywołując w pamięci te chwile spędzone z dziewczynką. Dodała mi wtedy tyle energii i na moment pozwoliła zapomnieć. Jej radość okazała się moją radością. Nie mogłem oderwać wzroku od jej roziskrzonych oczu. - szkoda, że tego nie widziałaś. Sam poczułem się jak dziecko. Kiedy byłem taki mały jak ona, to wizyta w Disneylandzie była wręcz moim marzeniem. Ale jakoś nigdy mi się to nie udało..

I znów zapadła głucha cisza, przerywana jedynie pracą urządzeń. Z resztą, nie spodziewałem się niczego innego.
- W piątek jest zakończenie roku w przedszkolu. Wiesz, Alicja poprosiła, żebym tam przyszedł. Twoja mama dała mi zgodę na odbieranie jej co popołudnie, więc każdy już mnie tam zna. Mam nadzieję, że się na to nie obrazisz? Ona tego potrzebuje. Do tej pory ci tego nie mówiłem, ale mała bardzo za tobą tęskni. I bardzo to wszystko przeżywa – westchnąłem. Chodzenie jakoś mi się znudziło, więc ponownie zająłem taboret przy łóżku.
- Musieliśmy jej jakoś to wytłumaczyć, bo po kilku dniach wersja, że gdzieś wyjechałaś w ogóle nie skutkowała. Wie, że jesteś chora i leżysz w szpitalu – spuściłem głowę i zacząłem tępo wpatrywać się w wenflon na jej nadgarstku – ale powiedzieliśmy jej, że nie może cię odwiedzić. I dlatego jej...ciężko.
Nadal nic. Ale...ale gdzieś tam w środku miałem cichą nadzieję, że ona to wszystko słyszy. Że to do niej dociera. To mnie jeszcze w jakiś sposób podtrzymywało na duchu. Czułem, że ona z nami jest. Bo przecież jest. Żyje, tylko coś nie pozwala jej być w pełni świadomą. Ale cierpliwości...
- Kasia i Alek musieli już wracać do Polski. Twoja mama została, żeby zając się Alą. Odwiedzam je codziennie, więc nie musisz się o nic martwić. Dbam o nie – złapałem ją czule za rękę i przyłożyłem do swoich ust. Chciałbym, żeby wreszcie się obudziła. Żeby powiedziała, że nic już jej nie będzie a potem ja skradłbym jej całusa. Wyznałbym jej wtedy, jak bardzo ją kocham i jak bardzo jest mi potrzebna. Jak wiele zmieniła w moim życiu.
- Dziś chyba zostanę u was na noc. Alicja boi się sama spać a babcia twierdzi, że któreś z nas musi być z nią obok. No to od czasu do czasu tak robię... - uśmiechnąłem się sam do siebie i znów ucałowałem jej dłoń.
- Wszyscy w restauracji pytają się o twoje zdrowie. Każdy się martwi. Najbardziej Mark. Mówił, że chciałby cię odwiedzić, ale lekarze nie wyrażają zgody, żeby wpuszczać tu zbyt wiele osób. Może to i dobrze? Z resztą...mam wrażenie, że on kręci coś z Amelią..niby to wpada do Alicji, ale coś mi tu nie gra...tylko wiesz co? Ja się bardzo z tego cieszę. Wreszcie odpierdzieli się od ciebie. Bo ty jesteś tylko moja. - i już nigdy nie pozwolę ciebie skrzywdzić, dodałem w duchu.
Trwałem tak jeszcze przez długi czas. Nie wiem, ile. Ale kiedy ocknąłem się ze swoich myśli, na zewnątrz słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
- Pora iść, skarbie – powiedziałem – będę jutro, jak zawsze. I jak zawsze z jedną różą – z głośnym westchnieniem spojrzałem na wciąż powiększający się bukiet na stoliku tuż obok łóżka. Dziś była dwudziesta druga. Niektóre dawno zwiędły, więc pielęgniarki systematycznie je wyrzucały. Ale ja liczyłem codziennie.
Wstałem, nachyliłem się nad jej twarzą i musnąłem jej czoło.
- Jutro pobudka, śpiochu – szepnąłem. Kolejny rytuał. Boże, to już jakaś obsesja.
Miałem zamiar wyjść, ale powstrzymały mnie od tego krzyki dobiegające z korytarza. Zmarszczyłem brwi. Głosy stawały się co raz bardziej donośne, aż wreszcie ktoś z impetem wtargnął do sali, powodując przy tym przeciąg. Był to jakiś mężczyzna a za nim wbiegła zdesperowana pielęgniarka. Patrzyłem to na jedno to na drugie.
- Przecież muszę wiedzieć, co z nią jest! - uniósł głos. Siostra Inga była wyraźnie zniecierpliwiona, ale nie mogła nic zrobić. Jedyne, co była w stanie to wbić w intruza mordercze spojrzenie.
- Jeszcze raz panu powtarzam, że pacjentki nie można odwiedzać – wycedziła przez zęby, chowając ręce w wielkie rękawy fartucha.
- Siostro? - zwróciłem się do niej niepewnie, powodując przy tym, że brunet skierował na mnie swoją uwagę. Do tej pory stał do mnie tyłem, więc nie mogłem niczego ocenić, ale teraz wyraz jego twarzy wydawał się nieco szyderczy.
- Schlierenzauer. - tak po prostu wypowiedział moje nazwisko. Jeszcze bardziej się zdziwiłem.
- Proszę natychmiast wyjść! - pielęgniarka straciła resztki cierpliwości.
- Spokojnie, siostro. Porozmawiam z tym człowiekiem – odparłem. Kobieta uniosła ręce w geście rezygnacji, ale po chwili opuściła salę. My zostaliśmy sami, wciąż mierząc siebie wzrokiem.
- Skąd znasz moje nazwisko? - spytałem. Mężczyzna prychnął, jakby moje zdziwienie było co najmniej absurdalne. - my się w ogóle kiedykolwiek spotkaliśmy?
- Nie miałem jeszcze takiej przyjemności – odparł chłodno. Ten facet zaczynał mnie powoli irytować.
- Słuchaj, albo mówisz, kim jesteś albo zaraz wezwę tu ochronę – powiedziałem, krzyżując ręce. Jego cyniczny uśmieszek gdzieś zniknął. Brunet przybrał podobną postawę i nie przestawał mierzyć mnie spojrzeniem.
- Dobra, spokojnie – odparł – przyszedłem dowiedzieć się o stan Moniki. Dopiero wczoraj dowiedziałem się o tym całym wypadku. Przyjechałem od razu – powiedział.
- A niby kim ty jesteś, żeby to cię interesowało? - naprawdę nie miałem pojęcia o co tu chodzi. Nigdy w życiu faceta nie widziałem na oczy. Wydawało mi się, że poznałem już wszystkich bliskich znajomych brunetki.
Po chwilowej ciszy, odparł:
- Nazywam się Karl Bachmann. Monika to moja była dziewczyna. Musiałeś o mnie słyszeć, przecież jestem..
- Ojcem Alicji... - dopowiedziałem za niego. Moja pewność siebie gdzieś zniknęła. Nie wierzyłem, że stoi przede mną ten sam człowiek, który tak je obie skrzywdził. Zrobiło mi się niedobrze na jego widok.
- Taa.. - odpowiedział – a ty jesteś tym jej sławnym kochasiem, przez którego do tego wszystkiego doszło – momentalnie zerwałem się z miejsca i już chciałem go uderzyć, ale zaczął się odsuwać, unosząc ręce do góry.
- Woow, koleś uspokój się. Chyba nie powiedziałem niczego, co nie byłoby prawdą – dodał ponownie przybierając ten cyniczny wyraz twarzy. Zdałem sobie sprawę, że nawet, gdybym nic o nim nie wiedział, to z pewnością i tak nie umiałbym darzyć go sympatią.
- Czego tu szukasz? - wycedziłem.
- Już mówiłem. Dowiedziałem się o wypadku i chciałem zobaczyć, co z Moniką – odpowiedział jednocześnie wychylając głowę w kierunku łóżka brunetki. Widziałem, że chce do niej podejść, lecz mu na to nie pozwoliłem, zagradzając drogę własnym ciałem.
- Zapomnij – rzuciłem. Byłem od niego wyższy i w pewien sposób dawało mi to przewagę.
- Nie możesz mi tego zabronić. Jestem ojcem naszego wspólnego dziecka – powiedział. Wydawało mi się, że on niczego się nie boi. Tym razem to jednak ja się zaśmiałem.
- Ojcem? A ty wiesz może, co znaczy to słowo? Jakoś mi się nie wydaje, żeby Alicja wspominała kiedykolwiek, kim jest jej tata. Ba, ona nawet nie ma do kogo tak powiedzieć – rzuciłem, wyraźnie wściekły. Właśnie poczułem chęć wyładowania na nim tych wszystkich emocji.
- Raczej nie ty będziesz o tym decydował – odparł równie śmiało – gówno masz do powiedzenia. Nic tutaj nie znaczysz – ponownie przystąpiłem dwa kroki do przodu, ale resztki przyzwoitości nie pozwalały mi obić jego mordy. Nie ważne, jaką bym na to miał ochotę.
- Spieprzaj stąd. Nie będę się powtarzać. - powiedziałem.
- A co mi zrobisz, Schlierenzauer? Mam się ciebie bać? - dodał z ironią – raczej ty stąd spieprzaj. To ani twoja kobieta ani twoje dziecko. Nie odbierzesz mi do tego żadnych praw.
- Nie odbiorę ci praw do spotkania z Alicją – odpowiedziałem, siląc się na spokojny ton. Przyszło mi to z trudem, ale wiedziałem, że to nie jest ani czas ani miejsce na kłótnię z tym śmieciem. - ale o tym , kto ma prawo wejść do tej sali decydują ja, lekarz i jej rodzina. W tym momencie z mojej strony masz na to zakaz. Jestem pewny, że bardzo szybko przekonałbym do tego lekarza. No a o jej matce już nie wspomnę, Karl – prychnąłem. Byłem wyraźnie zadowolony z tego, co właśnie powiedziałem. Mina Bachmanna była bezcenna.
- A jakie ty masz niby do niej prawo, co? Sądziłem, że ją tylko pukałeś na boku – zaśmiał się szyderczo. Krew we mnie wezbrała.
- W takim razie informuję cię, że mam wobec niej poważne plany. Razem z Alicją zamieszkają u mnie, kiedy tylko Monika wyzdrowieje. Poza tym, ty wcale nie jesteś lepszy. Okazałeś się skończonym bydlakiem zostawiając malutkie dziecko, pozbawiając je rodzica.
Widziałem determinację w jego oczach. Wkurzyłem go. I to ostro. Zdawałem sobie sprawę, że ludzie tacy jak on nie znoszą sprzeciwu.
- Na co jeszcze czekasz? Do widzenia – dodałem, machając ręką w stronę drzwi. Momentalnie zrobił się cały czerwony. Myślałem, że nie wytrzyma. Że za chwilę się na mnie rzuci.
- Jeszcze tego pożałujesz, gwiazdeczko – rzucił a następnie z głośnym trzaśnięciem drzwiami, opuścił salę. Odetchnąłem z ulgą. Właśnie wygrałem bitwę, ale wiedziałem, że czeka mnie z nim jeszcze wojna. I to o wysoką stawkę.

Do mieszkania Gellert szedłem niemal w podskokach. Szybko pokonałem schody prowadzące na drugie piętro, a po chwili powitał mnie szeroki kobiecy uśmiech.
- No jesteś wreszcie, dziecko – powiedziała, gestem wpuszczając mnie do środka – kolacja już wystygła. Razem z Alą dawną zjadłyśmy – dodała z nutką reprymendy w głosie. Uśmiechnąłem się do niej.
- Proszę się nie przejmować, wcale nie jestem głodny – odpowiedziałem.
- No jak to nie jesteś głodny? Czy ty nie widzisz, jak zmizerniałeś? - z obawą na twarzy dotknęła moich policzków – nie dość, że i tak z ciebie sama skóra i kości to jeszcze nie chcesz mi tu jeść. Myj te ręce a ja już ci odgrzewam – oznajmiła bez dyskusji, natychmiast kierując się do kuchni. Pokręciłem głową z uśmiechem. Tak było niemal codziennie, kiedy miałem czas tu zawitać. A bywałem często, tak naprawdę odpuszczając sobie treningi. Ku niezadowoleniu trenera pojechałem na jedno kilkudniowe zgrupowanie i tylko ta wyjątkowa sytuacja mnie usprawiedliwiała. Inaczej dawno wyleciałbym z kadry.
Przez te kilka tygodni zbliżyłem się z rodziną Moniki. Kasia od razu wyciągnęła do mnie przyjazną dłoń i złapałem z nią dobry kontakt. Alek nie krył dystansu, za co go rozumiałem. To przeze mnie skrzywdzono jego ukochaną siostrę za którą wciąż czuł się odpowiedzialny. Z czasem jednak i on mnie chyba zaakceptował, siląc się na krótkie rozmowy. A pani Beata? To anioł nie kobieta. Troszczy się o mnie jak o własnego syna i o dziwo to ona nas wszystkich podtrzymywała na duchu. Gdyby nie jej obecność z pewnością Alicja nie byłaby taka „spokojna”.
- Gregor! - z chwilowej zadumy wybudził mnie wesoły głos dziewczynki. Porwałem ją w swoje ramiona, kiedy tylko do mnie podbiegła.
- Cześć, zuchu. Jak tam? Jak było w przedszkolu? - spytałem, uśmiechając się do niej pogodnie.
- Dobrze.. - odpowiedziała bez namysłu – byłeś u mamusi? Kiedy do mnie wróci? - mój uśmiech nieco przygasł, ale byłem już przyzwyczajony do tak szybkiej zmiany tematu. Pytała o nią codziennie. Czasami nie wiedziałem, której już oklepanej wersji użyć, by ją uspokoić. Żeby jakoś zrozumiała.
- Coraz lepiej. Ale jeszcze nie wiadomo, kiedy wróci. Musimy czekać – odpowiedziałem, głaszcząc ją po główce. Spostrzegłem łzy w jej ciemnych oczach. Wiem, że tęskni i brakuje jej matki. To w końcu małe dziecko.
- Ale kiedy ona wróci? Obiecałeś, że niedługo! - pisnęła a po chwili wybuchnęła płaczem. Z kuchni wychyliła się zatroskana twarz pani Gellert. Ona też nie wiedziała, jak już ma do niej przemawiać.
- Skarbie, wiem, że chcesz do mamy. Ale musisz trochę poczekać. Wróci na pewno – przytuliłem ją mocno do siebie. Jej włosy pachniały jakimś truskawkowym szamponem i czymś takim charakterystycznym tylko dla niej. Zapachem, który przypominał mi zapach Moniki..
Nadal płakała. Przeniosłem się z nią do dużego pokoju i wciąż ją tuląc, usiadłem na łóżku. Po chwili odkleiła się od mojej już mokrej koszulki a ja odgarnąłem jej loki.
- Jesteś już dużą dziewczynką a duże dziewczynki nie płaczą – powiedziałem, ocierając ręką jej łzy. Mała zaciągnęła jeszcze noskiem i zaczęła się uspokajać.
- Gregor? - zaczęła. Patrzyłem na nią z uwagą.
- Słucham, kochanie.
- A ty lubisz mamę? - spytała, zaglądając mi w oczy. Za to w jej kryło się coś, czego nie potrafiłem odgadnąć.
- Oczywiście, że tak. Dlaczego o to pytasz? - zaintrygowała mnie.
- No ale tak bardzo bardzo? Tak, ze nawet...tak trochę kochasz? - odpowiedziała pytaniem na pytaniem. Zaciekawiło mnie, co też powstało w tej małej główce?
- Kocham – odpowiedziałem pewnie – zakochałem się w niej – dodałem poważnie, całując ją w czółko. Speszyła się i spuściła głowę. Naprawdę mnie zaskakiwała. Zawsze była taka bezpośrednia i otwarta a teraz... nie rozumiałem, o co jej chodzi.
- Kotku – delikatnie uniosłem jej podbródek, by móc spojrzeć w te same piękne oczy – Ala, co masz mi do powiedzenia? Przecież wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko. Zawsze dochowuję naszych sekretów – uśmiechnąłem się do niej zawadiacko i puściłem oczko, żeby dodać małej nieco odwagi. Ale ona nadal milczała.
- No bo.. - zaczęła, a jej policzki się zaróżowiły. Poczęła kręcić palcem jakieś zygzaki na mojej koszulce. Bała się spojrzeć mi w oczy – no bo...jak...ty kochasz moją mamę..i ona ciebie też..to możecie się ożenić, prawda? - spytała cicho. Miałem wrażenie, że nie chciała, aby babcia to wszystko słyszała. Również ściszyłem głos.
- Myślę, że tak – odpowiedziałem po chwili – mama chyba też mnie kocha. Bardzo bym chciał się z nią kiedyś ożenić – dodałem. Nie uśmiechnęła się, dlatego i ja spoważniałem. Boże, o co jej chodzi? - Ala?
- No bo jak wy się ożenicie...to będziemy razem mieszkać...i... - no wyduś to z siebie, maleńka. Miałem nieodparte wrażenie, że chce zadać mi bardzo ważne pytanie dla nas obojga. Czekałem więc cierpliwie - ...to wtedy może...może zostałbyś...może zostałbyś moim tatą? - wreszcie spojrzała mi w oczy. Nie wierzyłem w to, co właśnie powiedziała. A co najważniejsze, zobaczyłem w tych ciemnych oczach dziecka tak ogromną nadzieję i tak wielką prośbę. Taką tęsknotę za tym, by mieć oboje rodziców. Takie naturalne dziecięce pragnienie. Zaniemówiłem. Przez moment nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć. Po prostu patrzyłem na tą małą istotkę jak na jakiś ósmy cud świata. I pierwsze, co przyszło mi na myśl to fakt jak bardzo ją kocham.
Nim zdążyłem jednak cokolwiek oznajmić, dziewczynka ponownie wyraźnie się speszyła. Po chwili dostrzegłem jedynie jak szybko wybiega z pokoju.

Przykryłem ją szczelniej kołdrą i poprawiłem Pana Uszatka, który spoczywał w jej rękach. Naprawdę chciałbym tak codziennie układać ją do snu. Czytać z nią bajki albo opowiadać jakieś niewiarygodne historie. Potem patrzeć, jak powoli jej zmęczone powieki opadają a ona zapada w błogi sen. Wygląda wtedy tak pięknie. Czy ja naprawdę dojrzałem do tego, by stworzyć jej rodzinę? Być dla niej dobrym opiekunem? Ojcem? Z jednej strony boję się tej odpowiedzialności i wiem, ile to wymaga. A z drugiej jednak...nie pragnę niczego równie mocno. Ona i Monika są w tym momencie dla mnie wszystkim.
Dzwonek do drzwi i jakieś szmery w korytarzu sprawiły, że wyszedłem z pokoju. To, co zastałem w przedpokoju podniosło moje ciśnienie. Z pewnością to samo musiała odczuwać pani Gelllert, choć na jej twarzy wyraźniej malowało się jednak zaskoczenie. Spojrzałem wściekle na bruneta.
- Jeszcze ci mało? - warknąłem do niego – chyba wyraźnie wyjaśniłem ci, gdzie twoje miejsce.
- Wal się. Przyszedłem do swojej córki – przez chwilę czułem gulę w żołądku, ale przypływ adrenaliny dodał mi odwagi.
- Jak byś się nie domyślił to o 22. takie dzieci już śpią – syknąłem. W życiu nie wpuściłbym go do pokoju małej, nawet gdyby nie spała.
- W takim razie sobie popatrzę – odparł szyderczo i próbował przekroczyć próg pokoju. Skutecznie mu to jednak uniemożliwiłem, będąc gotowym na awanturę.
- Odsuń się. To MOJE dziecko. Nosi MOJE nazwisko i to JA jestem jej ojcem! - rzucił tuż przy mojej twarzy. Oddychałem ciężko i zacisnąłem pięści. A właśnie, że to MOJA córka. To MNIE wybrała na swojego ojca.
- Jeszcze się przekonamy, kto będzie jej ojcem – odpowiedziałem, posyłając mu cwaniacki uśmiech. Nie wytrzymał. Złapał mnie gwałtownie za ramię w taki sposób, że byłem kompletnie zablokowany i niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Zacisnąłem jedynie wściekle zęby, starając się nie myśleć o nasilającym się bólu i chcąc jakoś wyswobodzić się z tego uścisku.
- Na Boga, uspokójcie się obaj! - krzyknęła zdesperowana kobieta. Wiedzieliśmy, że żaden z nas nie odpuści – do cholery jasnej, jest telefon ze szpitala! - brunet momentalnie rozluźnił chwyt i teraz obaj wpatrywaliśmy się w nią jak w wyrocznię.

- Obudziła się.

**
Cześć wszystkim.
Napisałam takie sklejone coś, co "uznałam" za nadający się do publikacji rozdział. To chyba te temperatury nie działają pozytywnie na moją wenę. Obiecuję poprawę :)
Miłego końca tygodnia życzę!

Wasza Ann

poniedziałek, 13 lipca 2015

22. Rozmowa

- Monika?! - krzyknąłem przerażony. To był dosłownie ułamek sekundy. Spostrzegłem jedynie błysk świateł i pisk opon. A potem leżała. Blada. Wokół było pełno krwi. Natychmiast podbiegłem w tamtą stronę i nachyliłem się nad jej bezbronnym ciałem. Nie ruszała się. Nie oddychała.
- Bardzo mi przykro – usłyszałem od jakiegoś mężczyzny, który trzymał jej nadgarstek – ona nie żyje.
Patrzyłem na niego osłupiały. Nie, to niemożliwe. Ona żyje. Ona przecież nie mogła umrzeć! Moni. Monika, do jasnej cholery, wstań! Zacząłem potrząsać jej ciałem, byleby tylko dała jakiś znak życia. Na próżno. Ktoś próbował mnie od niej oderwać, ale byłem zbyt uparty.
- Zostawcie mnie! - krzyczałem do tych z tyłu. Wokół zerwał się silny wiatr, który rozwiewał liście na ulicy. Całą ziemię ogarnęła ciemność. Ktoś wciąż szarpał mnie za ramię.
- Gregor! - słyszałem. Ale ja patrzyłem tylko na nią. Na jej martwą twarz. - Gregor, obudź się! - przed moimi oczami pojawił się mrok a zaraz potem ujrzałem nad sobą zmartwioną twarz blondyna – spokojnie, to tylko głupi sen.
Zerwałem się do pozycji siedzącej i przeczesałem nerwowo włosy. Oddech miałem nierówny a na czole widniały pojedyncze krople potu. Ja pierdolę.
- Która godzina? - spytałem jednocześnie spoglądając w okno. Niebo było jeszcze jasne.
- Dochodzi 16.00. Spałeś kilka dobrych godzin – odpowiedział już spokojniej – powinieneś coś zjeść.
- Nie, nie mam ochoty. Musimy jechać na komisariat. Miałem złożyć zeznania. - odparłem, wstając gwałtownie z łóżka i zacząłem szukać moich rzeczy.
- Może byś się najpierw wykąpał, co? - spojrzałem na przyjaciela spod byka – wyglądasz jak zombie.
- Niech ci będzie – odpowiedziałem i udałem się do łazienki. W sumie gorący prysznic powinien mi dobrze zrobić. Odkręciłem wodę, ustawiając duże ciśnienie i przez kilka minut po prostu tak sobie stałem z zamkniętymi oczami. Nie przyniosło to ulgi ani żadnego pocieszenia, ale przynajmniej nieco się odprężyłem. W duchu dziękowałem, że mam tutaj Thomasa. Sam pewnie nie wiedziałbym, co mam ze sobą zrobić.
Nakładając na siebie jakieś pierwsze lepsze ciuchy, które leżały na pralce, wyszedłem z łazienki. Z salonu doszły mnie ciche głosy. Morgi musiał z kimś rozmawiać. Niezwłocznie udałem się w tamtą stronę.
- Mamo? Tato? - nie kryłem zdziwienia, widząc rodziców. Nie spodziewałem się ich wizyty.
- Cześć, synku – odezwała się. - musimy porozmawiać. - wymieniłem porozumiewawcze spojrzenia z Morgim. On też był zaskoczony ich nagłym przyjściem.
- To może ja was zostawię? - odezwał się.
- Nie, nie, Thomas. Możesz zostać. To nie jest żadna tajemnica – odpowiedziała chłodno matka. Ojciec siedział z przygaszoną miną i ze spuszczoną głową, zapewne chcąc dać pole do popisu mamie. Czyli to wcale nie będzie miła wizyta.
- Co was tutaj sprowadza? - rzuciłem beznamiętnie sięgając po butelkę wody i opróżniając ją do dna.
- Nie udawaj, Gregor. Wiesz dobrze, o co chodzi – powiedziała, mierząc mnie wzrokiem – trąbią już o tym chyba na wszystkich kanałach – dodała. Wzdrygnąłem się. Czyli już wszystko wie.
- Skoro dowiedziałaś się o całej sprawie z telewizji to nie rozumiem, po co chcesz o to pytać – rzuciłem.
- Jak to po co? - wstała z kanapy i zaczęła chodzić nerwowo po pokoju – chyba powinieneś nam to wszystko wyjaśnić. W końcu nie na co dzień się słyszy, że własna synowa potrąca kogoś na ulicy! - krzyknęła.
- Przyszła a raczej już niedoszła synowa – syknąłem.
- Gregor, nie denerwuj mnie! - warknęła – mów mi wszystko od początku. Co to za dziewczyna i dlaczego Sandra chciała ją zabić?!
Westchnąłem. Nie miałem ochoty przytaczać tej historii po raz kolejny, ale najwyraźniej nie miałem wyjścia.
- To Monika Gellert. Poznaliście ją na imprezie w restauracji. Pracowała u nas jako zastępca kucharza.
- No i? - prychnęła – próbowała was otruć czy jak, że Sandra postanowiła zrobić jej krzywdę?
- Mamo... - złapałem się za głowę. Jak ja nie znosiłem takich rozmów.
- Co, mamo? Nie owijaj w bawełnę – dodała.
- Jak sobie życzysz – uśmiechnąłem się do niej krzywo – ja i Monika zakochaliśmy się w sobie i mieliśmy romans – wyjaśniłem jak gdyby nigdy nic. Spostrzegłem jak jej usta lekko się rozchylają. Z kolei ojciec po raz pierwszy na mnie spojrzał.
- Że co, proszę? - spytał. Oboje nie kryli zdumienia.
- No normalnie. Kocham Monikę i zamierzam z nią być jak tylko wyzdrowieje – „oby wyzdrowiała” dodałem w myślach – a z Sandrą i tak miałem zamiar się rozstać. Cały ten związek to była jedna wielka ściema..
- Ale co ty mówisz, dziecko? Zdradzałeś własną narzeczoną? Jak mogłeś?! - pisnęła. Po raz kolejny westchnąłem i usiadłem na fotelu.
- Mamo, nie pouczaj mnie teraz, bo sam doskonale wiem, jak się zachowałem. Naprawdę nie mam ochoty tego słuchać, a jeśli nie odpuścisz to możecie już sobie iść – odparłem stanowczo, przenosząc spojrzenie z ojca na matkę. Oni przez chwilę milczeli.
- No więc dobrze – w końcu się odezwała – czyli Sandra się dowiedziała, tak?
- Widocznie tak – odpowiedziałem – nie wiem w jaki sposób, ale to jest najmniej ważne. Poza tym to wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane – dodałem niepewnie.
- Czy coś w tej sytuacji może być jeszcze bardziej skomplikowane? - rzucił z ironią ojciec. Obdarzyłem go morderczym spojrzeniem.
- Kilka dni temu Sandra oznajmiła mi, że jest w ciąży – z ust blondynki wydobył się jakiś dziwny dźwięk. Zlekceważyłem to jednak – postanowiłem więc to wszystko zakończyć i zostać z nią dla dobra dziecka. Monika miała zamiar wrócić do Polski razem z córką.
- To ona ma dziecko? - spytała.
- Tak, czteroletnią córkę. Bardzo ją pokochałem – dodałem, patrząc na nich uważnie. Postanowili jednak tego nie komentować. - w każdym razie zdecydowaliśmy się rozstać. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie to było trudne... - schowałem twarz w dłoniach. W sercu nadal czułem ten nie do opisania ból – potem zdarzył się ten wypadek. A w szpitalu okazało się, że Sandra wcale nie jest w ciąży. Oszukała mnie.
- Jak to cię oszukała? - tym razem odezwał się ojciec.
- No normalnie. Sfałszowała te całe badania i po prostu mnie okłamała. Nie ma żadnego dziecka – odpowiedziałem spokojnie.
- Jak Sandra mogła ci zrobić coś takiego?! - spytał podniesionym głosem – być na tyle perfidną osobą, żeby zatrzymać cię ze względu na dziecko! Ba, którego tak naprawdę nie było! - widziałem, że był wściekły. W końcu logika tego czynu była totalnie pokręcona. Sam nie potrafię wciąż uwierzyć, że blondynka była zdolna do takich rzeczy.
- A co z tą dziewczyną? W jakim jest stanie? - spytała. W jej oczach widziałem mieszane uczucia. Z jednej strony z pewnością mi współczuła a z drugiej...jakby się na mnie zawiodła.
- Leży w śpiączce i nie wiadomo, czy wyjdzie z tego cało.. - powiedziałem cicho. Strach, który towarzyszył mi od wczoraj właśnie powrócił z podwójną siłą.
- A Sandra? - znów spytała. Spojrzałem w jej niebieskie oczy.
- Nie wiem, pewnie jest na komisariacie. Opatrzyli jej jakieś drobne rany i po kilku godzinach zabrała ją policja.
- Och, synku – nie wytrzymała nadmiaru tych wszystkich emocji. Nie minęło kilka sekund, kiedy poczułem jej ciepły uścisk. Taki zwykły, matczyny. - tak mi przykro. Dlaczego nic nam nie powiedziałeś?
- Mamo.. - uśmiechnąłem się do niej delikatnie i złapałem za rękę – ja, dorosły facet, miałem się wam zwierzać z tak osobistych spraw? Nie jestem Glorią. - mama zrobiła nieco skwaszoną minę.
- Czyli mamy rozumieć, że tamta dziewczyna to twoja nowa..miłość?
- Nazywaj to jak chcesz. Co by się nie działo, zabieram ją do siebie, gdy tylko wyjdzie ze szpitala. Alicję również – dodałem stanowczo, widząc ich wyrazy twarzy.
- Gregor, musimy jechać na policję – usłyszałem do tej pory milczącego Thomasa. Skinąłem głową na zgodę.
- Jechać tam z tobą? - spytał ojciec.
- Nie, wracajcie lepiej do domu. Nie chcę, żebyście się w to mieszali.
- Kochanie, może zostanę. Pomogę ci trochę w domu – odparła i zaczęła mnie głaskać po włosach jak małego chłopca.
- Mamo, kocham cię i dzięki za troskę, ale i tak mam zamiar wracać tu jedynie, żeby się przebrać i przespać kilka godzin – odpowiedziałem.
- A treningi? Przecież lada dzień czeka was zgrupowanie. - ojciec jak zwykle musiał dopilnować moich spraw. Czasami miałem wrażenie, że jemu zależy na skokach bardziej niż mnie.
- Kilka dni wolnego mi nie zaszkodzi. Heinz i chłopaki powinni zrozumieć. To nie moje widzimisię tylko poważna sprawa. Nie zostawię Moniki w takim stanie. Poza tym, ktoś musi być przy Alicji, a wątpię, żeby babcia jej w tym momencie wystarczała – odparłem – żaden argument mnie nie przekona, więc nawet nie próbujcie.
- Ale Gregor, kobieta z dzieckiem...? - zaczęła drżącym głosem.
- Skończyłem temat. Wasze zdanie mnie nie obchodzi. To nie wy będziecie musieli z nią żyć tylko ja. I to mój wybór – powiedziałem ostrzej. Na prawienie morałów byłem już stanowczo „za duży”. Raz już przekonali mnie do pewnej dziewczyny. I była nią właśnie Sandra, a wiadomo jak to się skończyło.
- No już dobrze, dobrze. Nie będziemy się z ojcem wtrącać – westchnęła – ale pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć. Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować. I daj nam znać, co z jej stanem – kiwnąłem głową na zgodę. Matka ucałowała mnie jeszcze w policzek a ojciec poklepał po ramieniu.
- Uważaj na siebie, synu – powiedział – nie znam tej kobiety, ale jeśli jest ona dla ciebie tak ważna, to nie możesz się poddawać. Potem będziesz żałował tego całe życie – dodał. Uśmiechnąłem się do niego blado.
- Dzięki, tato – odpowiedziałem.

- Czyli mam rozumieć, że oskarża pan panią Stiegler o próbę zabójstwa? - przewróciłem oczami ze zniecierpliwienia. Siedzę tu już dobre dwie godziny i mam wrażenie, że ten policjant o ptasim móżdżku pyta mnie o to samo po raz dziesiąty. Westchnąłem.
- Tak, takie jest moje oświadczenie. Czy coś jeszcze, panie władzo? - funkcjonariusz spojrzał na mnie znad jakichś papierów, które niemal przez cały czas wypełniał.
- Spieszy się panu gdzieś? - rzucił od niechcenia.
- Trochę tak. Chciałbym jeszcze pojechać do szpitala. - odpowiedziałem, kładąc splecione ręce na biurku. Nie zadzwoniłem do Kasi. Nie wiem, co się dzieje.
- Nie, chyba nie mam do pana więcej pytań. Przesłuchaliśmy jeszcze kilku świadków zdarzenia i będziemy powoli ruszać ze sprawą. Prokuratura już złożyła wniosek do sądu – i całe szczęście. Niech ją wywiozą nawet i do Alcatraz a potem zamkną w podziemiach.
- Wiadomo, ile lat może jej grozić za takie przestępstwo? - ciekawość wygrała nad chęcią opuszczenia tego miejsca.
- No cóż – policjant podrapał się po łysej głowie – wszystko zależy od tego, jakie zarzuty przedstawi prokuratura. Później musimy wziąć pod uwagę zeznania samych świadków i stanowisko obrony. Pan oczywiście będzie tym najważniejszym ze świadków przeciwko podejrzanej – odpowiedział. Przejdź do sedna, człowieku – generalnie za czyn zabroniony z dużym uszczerbkiem na zdrowiu, a jaki on będzie dokładnie to się okaże, może jej grozić nawet do...25 lat pozbawienia wolności – trochę mnie zamurowało. 25 lat? Przecież to prawie całe życie. Nigdy nie będzie mogła urodzić własnych dzieci. Czułem się naprawdę okropnie. Zrobiła cholerne świństwo, ale była najbliższą mi osobą przez ostatnie pięć lat. Dziwnie jest się tak dowiedzieć, że ktoś taki nagle trafia do więzienia na połowę życia.
- Proszę to jeszcze podpisać. Wszędzie tam, gdzie zaznaczyłem – podał mi kilka kartek dokumentów i długopis. Niezwłocznie zabrałem się za ich podpisywanie.
- Czy mógłbym z nią chwilę porozmawiać? - spytałem bez zastanowienia. Naprawdę chcę ją widzieć? Po tym wszystkim? Ale gdzieś w głowie utkwiły mi słowa Thomasa. Należy się jej mimo wszystko rozmowa. Wyjaśnienie. To w końcu ja zacząłem, ja to zepsułem. Bylem powodem, dla którego to zrobiła.
- Myślę, że istnieje taka możliwość – odparł po chwili zastanowienia, drapiąc się po kilkudniowym zaroście – ale niech pan moment zaczeka.
Mężczyzna pospiesznie wykonał jakiś telefon, nie spuszczając ze mnie badawczego spojrzenia. Po kilku minutach do pomieszczenia weszło jeszcze dwóch takich.
- Panie Schlierenzauer, nazywam się komisarz Raun. - skinąłem głową – pana narzeczona..
- Już była narzeczona – odparłem, z krzywym uśmiechem.
- No więc była narzeczona...zostanie zatrzymana do dnia procesu no chyba, że wpłacona zostanie kaucja – spojrzał na mnie wymownie. On chyba oszalał.
- Nie mam zamiaru niczego za nią płacić. Niech pan pyta jej rodziny. Dla mnie ta kobieta jest skończona – odpowiedziałem, nie kryjąc w głosie pogardy. Policjant przypatrywał mi się jeszcze z uwagą.
- Idziemy? - spytał w końcu. Bez słowa wstałem z zajmowanego przeze mnie fotela i ruszyłem za funkcjonariuszami. Przeszliśmy kilka długich korytarzy, po czym wszyscy zatrzymaliśmy się przed mosiężnymi drzwiami.
- Tylko proszę bez awantur i krzyków. Macie dosłownie kilka minut – powiedział. Inny z policjantów otworzył mi drzwi i wpuścił do środka.
Siedziała tam przy jakimś nędznym stoliku ze spuszczoną głową. Kiedy usłyszała, jak ktoś wchodzi do środka, raptownie ulokowała swe spojrzenie na wejście. Była zaskoczona, widząc w nim właśnie mnie. Nie odezwała się jednak. Czekała, aż zajmę miejsce naprzeciwko niej. Milczeliśmy.
- Gregor, ja...
- Nic nie mów! - warknąłem i po raz pierwszy spojrzałem w jej oczy. Malował się w nich ogromny strach i coś na podobieństwo wyrzutów sumienia. Śmiać mi się chciało. - nie chcę słuchać twoich wyjaśnień ani tłumaczeń. To, co zrobiłaś jest do niewybaczenia. Zakpiłaś sobie ze mnie, okłamując mnie o ciąży. Potrąciłaś człowieka..
- Zdradzałeś mnie – w jej głosie słychać było determinację – to ty pierwszy ze mnie zakpiłeś. Razem z nią. Ufałam jej a ona tak bezkarnie zabrała mi faceta! - pisnęła. Spostrzegłem na jej policzkach łzy. Nie zrobiło to na mnie jednak wrażenia.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś, Sandra? - nachyliłem się nad stolikiem i wycedziłem jej prosto w twarz – ona prawie tam zginęła. A teraz w szpitalu walczy o życie. Może już nigdy nie wrócić do pełnej sprawności – widziałem, jak przełyka ślinę.
- Nie chciałam zrobić jej krzywdy. Chciałam...chciałam...czułam się okropnie, kiedy usłyszałam jak pieprzycie się w tym cholernym biurze! Byłam wściekła, zawiedziona i upokorzona. Musiałam się jakoś odegrać i miałam ochotę rozerwać jej łeb! To wszystko...emocje wzięły górę i po prostu nie panowałam nad tym, co właściwie robię.. - patrzyłem na nią intensywnie. A więc stąd się dowiedziała..
- Posłuchaj mnie – westchnąłem – należało mi się wszystko za to, co ci zrobiłem. Za to, że kłamałem i że razem z Moniką tak cię oszukaliśmy. Mogłaś narobić afery, pobić moje kryształowe kule albo w ogóle zdemolować mieszkanie. Mogłaś mnie uderzyć...ale..potrącić człowieka? Zabrać dziecku jedynego rodzica? - ponownie wyprostowałem się na niewygodnym krześle i kręciłem głową z niedowierzaniem.
- Przepraszam.. - usłyszałem cichy szept a potem szloch. - nie chciałam...przepraszam i naprawdę tego żałuję..
- Twoje wyrzuty sumienia niczego tutaj nie zmienią – odparłem chłodno – lepiej módl się, żeby wyszła z tego cało – zacząłem się jej przyglądać. Cała dygotała ze strachu. Była wyczerpana fizycznie i tak samo musiała przejść przez piekło. Ale sobie na to zasłużyła.
- I jest jeszcze jedna kwestia – zwróciłem się do niej a ona obdarzyła mnie zlęknionym wzrokiem – jak mogłaś okłamać mnie w sprawie ciąży? - syknąłem. - żeby zachować się tak perfidnie i sfałszować badania? Chciałaś, żebym był z tobą dla dziecka?
- A co miałam robić? - znów pisnęła – odtrącałeś mnie na każdym kroku. Teraz przynajmniej wiem, co było tego powodem... - wierzchem ręki otarła obfite łzy – nie mogłam pozwolić ci odejść a przeczuwałam, że tak się właśnie stanie. Byłam zdeterminowana zrobić wszystko, aby zatrzymać cię przy sobie. Pomysł ze sfałszowaniem badań przyszedł zupełnie przypadkowo..
- I miałabyś, co chciałaś! - krzyknąłem – zostałbym z tobą mimo wszystko. Monika planowała wrócić do kraju. Tamta sytuacja w biurze to było coś w rodzaju..pożegnania. Nie chcieliśmy niczego niszczyć – widziałem zaskoczenie na jej twarzy.
- Ile to trwało? - spytała cicho.
- Co? - prychnąłem – nasz romans, o ile tak to można nazwać? Nie wiem, niewiele. Spaliśmy ze sobą dwa razy, Sandra. I skończyło się szybciej niż zaczęło – przeczesałem nerwowo włosy. Miałem już dość. Nie mogłem na nią dłużej patrzeć.
- Co teraz ze mną będzie? - szepnęła. Zerknąłem na nią z odrazą.
- Nie wiem i gówno mnie to obchodzi. Ja ci tego nie wybaczę – warknąłem i zlekceważyłem ból w jej przekrwionych oczach – znajdź sobie lepiej adwokata. A my nie mamy już o czym rozmawiać – dodałem i podniosłem się z krzesła.
- Gregor, nie zostawiaj mnie...błagam – znów zalała się łzami. Patrzyłem na nią z góry.

- Mogłaś mieć ze mną rodzinę. Gdybyś tylko była w prawdziwej ciąży i nie doprowadziła do tego wszystkiego. Ale zmarnowałaś swoją szansę. Nie chcę cię znać – syknąłem i nie zwracając uwagi na jej kolejne błagania, pomieszane z płaczem, po prostu wyszedłem.

**
Witam! 
Smutku i cierpienia część dalsza. Mam nadzieję, że nie będziecie tym wykończone. Obiecuję, że już niedługo zakończę te katorgi. Po burzy zawsze świeci słońce :)
Miłego tygodnia życzę i buziaczki ;*