niedziela, 22 listopada 2015

31. Podwójny cud

Staliśmy wokół inspektora niczym wokół jakiejś wyroczni. Każdy patrzył na niego uważnie, czekając aż mężczyzna wreszcie wszystko wyjaśni.
- Jak udało się wam go namierzyć? - spytałem bez ogródek. Mężczyzna usiadł na kanapie i nim zaczął mówić, ogarnął każdego z nas wzrokiem.
- W bardzo prosty sposób. Niejako pan nam właśnie ułatwił wiele spraw – zaczął. Usiadłem dokładnie naprzeciwko policjanta.
- Jak to ułatwiłem?
- Otóż Karl Bauchmann to niejaki Bruno Schubert. Osoba, której poszukujemy od kilku miesięcy na terenie całego kraju – w pokoju zapanowało poruszenie. Nikt z nas nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Obaj z Thomasem spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.
- Nic z tego nie rozumiem – powiedziałem zupełnie szczerze.
- Bruno Schubert to szef mafii, która zajmowała się handlem narkotykami i całkiem nieźle na tym wychodziła – zaczął wyjaśniać. Żadne z nas się nie odzywało – kilka miesięcy temu udało nam się namierzyć tę grupę przestępczą i zaplanować akcję, dzięki której ujęliśmy kilkoro bardzo ważnych jej członków. Niestety, Schubert zdołał uciec – dodał.
- Ale Bruno Schubert to jego fałszywe nazwisko.. - wtrąciła się Amelia.
- Otóż nie – odparł policjant – to nazwisko Bauchmann jest fałszywe. Posługiwał się tą tożsamością zapewne w tych okresach, kiedy robiło się niebezpiecznie. Wtedy też zwykle zmieniał na dłużej miejsce pobytu. Tak też było około pięciu lat temu, ale mamy dowody, że od dwóch lat na bieżąco działał w grupie. - dodał rzeczowo. Amelia złapała się za usta. Każdy z nas wybałuszał oczy ze zdziwienia. Stefanowi aż szczęka opadła. Ja przełknąłem głośno ślinę.
- No ale co z Moniką? - spytał Thomas. I znów skupiłem uwagę na postaci policjanta.
- Udało nam się dowiedzieć, gdzie obecnie przebywał. To mieszkanie w Wiedniu, całkiem okazałe. Nasi ludzie je przeszukali i znaleźli mapy. Jedna z nich wskazywała teren niedaleko za Innsbruckiem, który w większości obejmuje lasy. Na drugiej była zaznaczona dokładna trasa dojazdu. Nie jesteśmy pewni, ale domyślamy się, że mógł ją zabrać do jakiejś leśniczówki lub wybrał określone miejsce, by dokonać przestępstwa – powiedział.
- Jakiego przestępstwa? Chyba pan nie sądzi, że.. - Amelii załamał się głos. Momentalnie z jej oczu popłynęły łzy. Policjant spojrzał na nią ze współczuciem.
- Nie możemy wykluczać żadnego scenariusza. W mieszkaniu znaleźliśmy ukrytą heroinę. Poza tym na stole było znać ślady po zażywanych narkotykach. Jeżeli jest teraz pod wpływem, różne pomysły mogą mu przyjść do głowy. Nawet jeśli początkowo nie zakładał zabójstwa...
W pokoju rozległ się płacz Amelii. W mgnieniu oka podszedł do niej Mark i mocno ją przytulił. Czułem, jak mimowolnie moje ciało zaczyna się trząść. Nie, to niemożliwe. Nie mógł jej tego zrobić.
- Kiedy będzie coś wiadomo? - i znów spytał Thomas. Dziwiłem się jego spokojnej reakcji na słowa policjanta.
- Właśnie zamierzałem tam jechać, ale postanowiłem najpierw was poinformować o całej sprawie. Tak czy siak, nasi ludzie dotrą tam szybciej. Miejmy nadzieję, że znajdziemy ją w dobrym stanie..
Mężczyzna wstał a my podnieśliśmy się razem z nim. W dobrym stanie? Ona musi być cała! Nie pozwolę na to, żeby cokolwiek jej się stało. Chyba sam wtedy coś bym sobie zrobił.
- Jadę z panem – powiedziałem pewnie. Mężczyzna spojrzał na mnie z wahaniem w oczach, lecz po chwili kiwnął głową.
- W porządku. Ale musi się pan mnie słuchać w każdej kwestii. Żadnych aktów odwagi, żadnego nieposłuszeństwa. Tu chodzi o jej życie, a ten człowiek jest wysoce niebezpieczny. - dodał i ruszył ku wyjściu. Poczułem na swoim ramieniu dłoń Thomasa.
- Jesteś pewny, że chcesz tam jechać? Możesz ją zastać w każdym stanie...
- Właśnie dlatego muszę tam jechać, Thomas – przerwałem przyjacielowi – to moja wina, że ten sukinsyn ją uprowadził. To ja miałem ją chronić i taką deklarację złożyłem jej rodzinie. Muszę tam jechać, ale jeśli okaże się, że ten skurwiel tylko ją tknął.. - krew buzowała mi w żyłach a pięści trzymałem mocno zaciśnięte – cała ta krzywda jaka ją spotkała jest tylko i wyłącznie moją winą. Choć raz nie mogę jej zawieźć – odparłem i rozejrzałem się po zgromadzonych. Każdy z nich miał grobową minę i nikt nie ośmielił mi się przeciwstawić – Amelia, proszę, zajmij się małą. Niedługo wstanie. - dziewczyna pokiwała głową i spuściła wzrok. Nie czekając dłużej, wyszedłem razem za policjantem.

To tak bardzo boli. Tak bardzo mnie teraz krzywdzi. Tak bardzo pragnę nie ujrzeć już światła dziennego i po prostu umrzeć.
Czułam, jakbym rozpadała się na tysiące małych kawałeczków. Słaba, bezradna i bezbronna. Wiedziałam, że nie będę w stanie powstrzymać go przed kontynuowaniem tego świństwa. Osiągnął to, co chciał a teraz zamierza ukarać mnie za przeciwstawienie się mu. Wiedziałam, że tej ciężkiej próby już nie wytrzymam.
Mój płacz jakby w ogóle do niego nie docierał. Rozkoszował się swoim dziełem, a ja wciąż czułam na swojej szyi jego paskudny oddech. Moje skrępowane ręce mogłam jedynie wbijać w ścianę, do której mnie przyciskał. Czułam, jak pod paznokciami zebrały się drzazgi, raniące moją skórę niemiłosiernie. Lecz ból, jaki sprawiał mi Karl był o wiele gorszy.
Gdy tylko zamykałam powieki, powracał kolejny ból, spowodowany raną na głowie. Co najdziwniejsze, przez ten cały czas ukazywały mi się przed oczami wielorakie obrazy. Widziałam w nich małą dziewczynkę, bardzo podobną do Ali, lecz z pewnością nią nie była. Jej twarz pojawiała się w każdej kolejnej części, a z czasem stawała się dojrzalsza i starsza. I dopiero potem zrozumiałam, że widzę samą siebie. Że widzę swoje dzieciństwo, gdy byłam otaczana przez rodzinę. Widziałam swojego tatę. Widziałam przeróżne momenty mojego życia, migające mi przed oczami w ułamkach sekundy. Gdybym tylko była w stanie się bardziej skupić...w pewnym momencie miałam wrażenie, że lewituje pomiędzy tymi dwoma sferami: myśli tłoczących się w mojej głowie i bycia w tym obskurnym pomieszczeniu, gwałcona przez Karla.
Nie wiem, ile czasu to wszystko trwało. Dla mnie było to niczym wieczność. Lecz gdzieś ostatnie resztki energii pozwoliły mi zostać na tyle świadomą, że z oddali mogłam usłyszeć zbliżające się odgłosy szczekających psów. Chciałam krzyczeć, wołać o ratunek, bo wiedziałam, że gdzieś tam znajdują się ludzie. Ale nie mogłam. Nie byłam w stanie.
Kiedy ktoś z impetem wparował do chatki i wpuścił do środka jasne dzienne światło, kolana się pode mną ugięły i czułam, jak spadam na ziemię. Karl już mnie nie trzymał, nie czułam już tego pulsującego bólu. A może czułam? Sama już nie wiedziałam. Jak przez mgłę, niczym w zwolnionym tempie widziałam biegających wokoło ludzi, którzy łapią Karla i wyprowadzają go na zewnątrz. Z trudem oddychałam, czując, że brakuje mi powietrza. Wszystko to: ból, sceny z mojego dawnego życia, niewyraźnie krzyki innych osób i powolne bicie mojego serca skumulowały się dziwnym trafem w mojej głowie.
Gdy po chwili ponownie otworzyłam oczy, byłam pewna, że ktoś wynosi mnie na dwór. Światło skutecznie drażniło mnie w oczy, ale nie byłam w stanie zasłonić ich ręką. Ktoś coś do mnie mówił, odczytałam to z ruchu jego warg, ale nie wiem, co. Wszystko to działo się jakby poza mną, jakby moje ciało kompletnie straciło kontakt z rzeczywistością. A potem usłyszałam znajomy głos, wołający moje imię, lecz w tamtej chwili odpłynęłam.

- Monika! - krzyknąłem spanikowany, kiedy zobaczyłem jak wynoszą ją na noszach. Pobiegłem w tamtą stronę, nie zważając już na nic. Ekipa medyczna z początku nie dała mi do niej żadnego dostępu, dopóki sam ich nie odepchnąłem i nie nachyliłem się desperacko nad jej ciałem. Była nieprzytomna, ale oddychała. Była cała posiniaczona i potłuczona, a na jej czole widniała rana z zakrzepniętą krwią. Moje spojrzenie powędrowało wzdłuż jej ciała. Moje serce diametralnie przyspieszyło rytm, kiedy spostrzegłem rozerwane spodenki i plamy krwi na udach. Panika automatycznie zamieniła się we wściekłość. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować, biegłem już w stronę tego sukinsyna. Czterech funkcjonariuszy obstawiało Bauchmanna. Jednak ci ludzie nie byli w stanie mnie powstrzymać, kiedy wymierzałem mu kolejne ciosy, powodując, że brunet przewrócił się na ziemię i nie mógł się bronić. W tamtej chwili czułem się pozbawiony resztek człowieczeństwa. Opanowała mnie furia, chęć zemsty i wyrządzenia mu gorszego bólu, jaki on wyrządził Monice. Nim inni policjanci zdążyli przybiec i zabrać mnie od niego, facet miał już połamany nos, z którego tryskała teraz krew. Sam miałem ją na koszulce i dłoniach. I mimo tego, że byłem przytrzymywany przez kilka osób, czułem przypływ adrenaliny i satysfakcję.
- Ty pojebany skurwysynu!! - krzyczałem zza pleców policjantów. - nie daruję ci tego, rozumiesz??! Będziesz gnił w pierdlu za to, co jej zrobiłeś! Nigdy nie zobaczysz Alicji! - ktoś przyłożył mu opatrunek do twarzy i przechylił jego głowę. Jednak mogłem dostrzec ten chytry uśmieszek nieukrywanego samozadowolenia. W tym momencie poczułem kolejną falę wściekłości i mimo ogromnej chęci pobicia go na śmierć, nie byłem już w stanie wyrwać się policjantom.
Miałem wrażenie, jakbym zachowywał się jak jakieś dzikie zwierze szykujące się do ataku. I wiedziałem, że ten atak jeszcze nastąpi. Że on mi za to wszystko zapłaci.

- Uspokój się, Gregor – mówiła siedząca na krzesełku Amelia, podczas gdy ja przemierzałem szpitalny korytarz w to i z powrotem już chyba po raz enty. Wciąż ogarniała mnie wściekłość i wciąż nie mogłem się uspokoić.
- On ją zgwałcił, Mela! Jak mam niby być spokojny?! On, do kurwy nędzy, ją zgwałcił!! - wykrzyczałem, stając naprzeciwko niej. Myślałem, że się przestraszy, że po prostu sobie pójdzie, ale nic z tych rzeczy. Patrzyła na mnie z politowaniem i pozostała nieugięta.
- Ale żyje – powiedziała po chwili – żyje, choć ten bydlak mógł ją bez skrupułów zabić. I pewnie by to zrobił, gdyby nie policja..
Oczywiście, że miała rację. Niewiele brakowało, by ją zabił. Sam stan, w jakim ją znaleźli pozostawiał wiele do życzenia. Po niedawnym wypadku wcale nie doszła jeszcze do zdrowia. To, co zrobił Karl właśnie prawie doprowadziło do jej śmierci.
Ale on mimo wszystko obdarzył ją z godności. Odebrał jej wolność, skrzywdził ją, spowodował, że z pewnością się zmieni. Że straciłem swoją Monikę bezpowrotnie. A najgorsze jest to, że ciągle towarzyszyła mi obawa, że ona już mnie nie zaakceptuje. Że nie będzie w stanie na mnie patrzeć.
- Czy zdajesz sobie teraz sprawę z tego, co będzie? Jak ja jej będę mógł pomóc, skoro ona z pewnością mnie odrzuci. Może się w sobie zamknąć i nie dać nikomu do siebie dostępu. Boże... - usiadłem obok niej na krześle i schowałem twarz w dłoniach. W jednej chwili cały mój świat wywrócił się do góry nogami. Kiedy już myślałem, że wszystko się ułoży i że stworzymy rodzinę...
- Ona cię kocha i ty jesteś poczuciem jej bezpieczeństwa – odezwała się szatynka. Spojrzałem na nią – jestem pewna, że cię nie odrzuci a wręcz poczuje ulgę, kiedy cię wreszcie zobaczy – dodała, lekko się uśmiechając.
- Ale ona będzie miała teraz uraz do wszystkich mężczyzn. Nie po tym, co ten....co on jej zrobił.. - szepnąłem. Amelia położyła swoją dłoń na mojej a ja znów spojrzałem na nią pełen podziwu.
- Nie wiem, może stać się i tak – powiedziała, po czym zrobiła krótką pauzę – ale może być też tak, że ona nie spostrzega cię w ten sposób. Ty nigdy nie zrobiłeś jej krzywdy i nie chciałeś wykorzystać. Pomagałeś jej przez ten cały czas, opiekowałeś się jej dzieckiem. To jest różnica między tobą a każdym innym mężczyzną. Poświęciłeś się dla niej. Ona przy tobie czuje się bezpiecznie i jestem prawie pewna, że nie będzie traktować cię w taki sposób – chciałem wierzyć w jej słowa, bo wydawały się takie logiczne i sensowne. Ale odnosiłem jednak wrażenie, że to tylko wybujałe marzenie i że umysł kobiety, która przeżyła taką traumę działa zupełnie inaczej.
- Może pan do niej wejść, panie Schlierenzauer – oboje obróciliśmy się gwałtownie w stronę wejścia do sali, gdzie leżała Monika. Lekarka patrzyła na mnie ze spokojem, czekając aż wejdę do środka.

Leżałam pół świadoma, pół odurzona ilością środków przeciwbólowych, jakie zaserwowali mi tutaj. Kiedy drzwi do sali ponownie się uchyliły, automatycznie ogarnął mnie strach i panika. Towarzyszyły mi dopóki nie zorientowałam się, kto przyszedł. A kiedy ujrzałam jego czekoladowe tęczówki, patrzące na mnie z wyraźnym napięciem, poczułam ulgę. Po moich policzkach zaczęły spływać pojedyncze łzy, które zmieniły się niczym w potok.
- Gregor.. - pisnęłam i to było pierwsze słowo, jakie wypowiedziałam po przebudzeniu. Cichy i niepewny dźwięk, a tak wiele dla mnie znaczący.
Szatyn jak torpeda znalazł się przy moim boku i złapał mnie za dłonie. Spojrzał na mnie z wahaniem, kiedy uczynił ten gest, ale w zupełności mi to nie przeszkadzało. Jego dotyk nigdy nie będzie sprawiał mi bólu.
- Tak bardzo cię przepraszam... - począł całować kolejno moje dłonie, które zaraz były mokre od jego łez – gdybym cię nie puścił samej, gdybym tylko w jakiś sposób przewidział...
- Jak mogłeś to zrobić? - szepnęłam, przytulając do siebie jego twarz. Paradoks, prawda? To przecież on powinien mnie teraz tulić i kołysać w swoich ramionach, uspokajać i zapewniać, że wszystko będzie dobrze. Jednak okazało się, że jest zupełnie na odwrót. To Gregor właśnie przypominał wrak człowieka, którym powinnam być ja. Choć wydaje mi się, że jestem w podobnym stanie. A więc staliśmy się takimi „wrakami”.
- Już nigdy więcej nie pozwolę cię skrzywdzić. Nikomu. - powiedział stanowczo, kiedy nachylił się nade mną a nasze twarze dzieliły centymetry. A potem utonęliśmy w mocnych i zachłannych pocałunkach, jakby chcąc się upewnić, że to wszystko jest rzeczywistość i że on znów może mnie mieć przy sobie. Przepełniały mnie na przemian gorycz i ogromna miłość, jaką ją darzyłam. I chyba ta miłość pozwoliła mi przetrwać.
- Nie będę pamiętała tej okropnej nocy, Gregor – szepnęłam na jego ustach, a potem skradłam mu jeszcze jeden pocałunek – ten człowiek dla mnie już nie istnieje i nie mogę żyć tym, co mi zrobił. Mam ciebie. Mam Alę. Muszę zostać silna, dla was – kolejna porcja łez niepohamowanie wypłynęła z moich oczu. Szatyn natychmiastowo otarł je z mojej twarzy – zamiast tej będę pamiętała tę noc, kiedy pierwszy raz się kochaliśmy i kiedy dałeś mi tyle szczęścia i nadziei. I kiedy tak bardzo się przestraszyłam, że to tylko twoja chwilowa zachcianka..
- Nigdy nie byłaś moją chwilową zachcianką, Moni – szepnął, obdarowując mnie ciepłym spojrzeniem – zawsze byłaś tą jedyną, tylko musiałem cię jakoś znaleźć. A kiedy już pojawiłaś się w moim życiu, strzała Amora mnie dopadła – powiedział, gładząc kciukiem moją dolną wargę. Po chwili zadumania odsunął się na niewielką odległość ode mnie i zmarszczył brwi. - zaraz, zaraz...jak to możliwe, że pamiętasz naszą pierwszą wspólną noc? - spytał.
Nawet nie sądziłam, że będę w stanie tak promiennie się do niego teraz uśmiechnąć. Ale to zrobiłam. A on nadal patrzył na mnie zdezorientowany.
- No właśnie, Gregor. Ja pamiętam. Pamiętam wszystko – powiedziałam. Jego źrenice wyraźnie się rozszerzyły i chyba nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Eeee, przepraszam. Mogę na chwilę? - odsunęliśmy się od siebie i spojrzeliśmy na lekarkę, która ponownie weszła do sali. Gregor nadal nie puszczał moich dłoni.
- Proszę – odpowiedział za mnie. Kobieta chwyciła stołek i postawiła go tuż przy moim łożku, a potem na nim usiadła. Czekaliśmy cierpliwie, aż zacznie.
- No więc właśnie odebrałam z laboratorium wyniki pani badań. - wzięłam głęboki wdech, a szatyn mocniej ścisnął moje dłonie – chciałabym zrobić jeszcze kilka badań potwierdzających, ale właściwie będzie to tylko formalność – po czym się do nas uśmiechnęła.
- Pani doktor, o co chodzi? - spytał. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłam się do niej odezwać. Była dla mnie obcą osobą, a ja w tej chwili panicznie bałam się obcych. I mimo tego, że była kobietą, nadal nie mogłam jej zaufać.
- Owszem, ale wydaje mi się to dobrą wiadomością – nadal czuliśmy się kompletnie zdezorientowani – nie wiem, jaki cud to sprawił, patrząc na stan pani zdrowia jeszcze po tak niedawnym wypadku. Bardzo poważnym z resztą. Nie wiem też, jak temu maleństwu udało się przetrwać dzisiejszą noc, ale.. - przełknęłam głośno ślinę, czekając, co powie – wyniki wyraźnie wskazują, że jest pani w ciąży.
Zerknęłam na twarz Gregora. Wydawał się wpatrywać w kobietę niczym zahipnotyzowany. A kiedy odwrócił się w moją stronę, jego oczy szkliły się jak diamenty.

I w jednej chwili ta rozsypana układanka, tworząca moją marną egzystencję, zaczęła nabierać kształtu.

***
Witajcie, Moje Drogie!

Wiem, jestem okropna i nieodpowiedzialna. Tak się właśnie czuję, nie pojawiając się na tym blogu od miesiąca. Ale uwierzcie mi, znalezienie wolnej chwili na pisanie to dla mnie jak szukanie igły w stogu siana.
Mam jednak nadzieję, że już PRZEDOSTATNI rozdział przypadł Wam do gustu, Chyba inauguracja sezonu zmotywowała mnie wreszcie do pisania. I ogromnie się z tego cięszę, bo nie chce Was zawieźć i pozostawić tę historię bez zakończenia.
Oczywiście czytam Wasze nowe rozdziały, mam je w zakładkach i wybaczcie, że może ostatnio ich nie komentuję, Ale postaram się i to nadrobić.
Udanego tygodnia życzę i miejmy nadzieję, że nasi chłopcy w Kuusamo pokażą, na co ich stać.

Pozdrawiam gorąco,
Ann